Z sercem

      Jeśli wśród zawodów, w których startowałem podczas kilkunastu lat swojego biegania miałbym wymienić te, które mają szczególne miejsce w moim sercu, na które regularnie wracam z sentymentem i co roku na nie czekam bez wątpienia musiałbym wśród nich wymienić warszawską Sztafetę Maratońską Ekiden. Uczestniczę w nich nieprzerwanie od 2014 i muszę przyznać, że mam z nimi związanych wiele bardzo miłych wspomnień. To, co niewątpliwie wyróżnia je od innych to to, że biegnie się drużynowo. Nie tylko dla siebie, ale także dla kolegów, dla całej ekipy, także dla firmy, którą się reprezentuje. Drużynę stawowi 6 osób, które biegną po kolei na swoich zmianach dystanse 7,195km, 10km lub 5 km, by ostatecznie wspólnie przebiec dystans pełnego maratonu. Poza niewątpliwą indywidualną frajdą związaną z atmosferą zawodów i rywalizacją biegową dochodzi też element integracji, dopingowanie swojej drużyny i kolegów, którzy ją współtworzą. Gdy do tego dochodzą niewątpliwie sukcesy, których na przestrzeni tych lat też nie brakowało satyfakcja jest ogromna, a i równie wielki sentyment. Również miejsce rozgrywania tych zawodów było mi zawsze bardzo bliskie. Przez prawie 10 lat mieszkałem w okolicach Parku Szczęsliwickiego w Warszawie, gdzie przez ostatnie lata odbywał się Ekiden, spędzałem tam sporo czasu, biegałem w tym parku kilka razy w tygodniu, znałem tą trasę bardzo dobrze i zawsze dobrze się na niej czułem.

a20220514_094039_Easy-Resize.com

      Latem 2019 roku postanowiłem zmienić coś w swojej karierze zawodowej i zmieniłem firmę. Miałem nadzieję, że w następnym roku, tym razem już w nowych barwach i z nowymi kolegami i koleżankami uda nam się znowu stanąć na starcie tych zawodów. Niestety pandemia pokrzyżowala te plany i w 2020, a także w 2021 Ekiden się nie odbył. Trzeba było poczekać na kolejny start 3 lata, ale w końcu nadszedł ten moment, by znowu cieszyć się bieganiem sztafetowym. Tak, jak kiedyś, choć w sumie zupełnie po nowemu. Tym razem Ekiden był dla mnie zupełnie innym doświadczeniem. Przede wszystkim zmieniło się miejsce rozgrywania biegu i w tym roku impreza odbyła się w parku Kępa Potocka w zupełnie innym rejonie miasta. Ze wszystkich Ekidenów, które mam na koncie tylko ten pierwszy z nich w 2014 się odbył właśnie tam. Po drugie zmieniła się zupełnie moja rola. Przez 6 kolejnych lat  to ja byłem głównym koordynatorem naszego startu i kapitanem, który odpowiadał za cały zespół składający się często aż z 8 drużyn, czyli w sumie jak łatwo policzyć nawet 48 osób. Z jednej stron oznaczało to pewien prestiż, ale z drugiej sporo obowiazków, nerwów i odpowiedzialności za to, aby wszystko się udało i wszystkie drużyny wystartowały i ukończyły, przede wszystkim w zdrowiu, ale także w dobrym humorze. Czasami było to dość stresujące, bo przy takiej ilości osób zawsze działo się coś, czego człowiek nie jest w stanie przewidzieć. Tym razem jedynym moim obowiązkiem było dotarcie na zawody, przebiegnięcie 10 kilometrów i dobra zabawa.  Organizacją naszego startu zajęli się inni, a konkretnie nasz kapitan Marek, a ja mogłem się skupić jedynie na tym aby dać z siebie wszystko i po prostu dobrze pobiec. Bez stresu i żadnego spinania się. Muszę przyznać, że jest to bardzo komfortowa rola. Inne też w tym roku były barwy, które reprezentowałem. Po 6 latach startowania w Nielsenie tym razem przyszło mi dumnie reprezentować jedną z dwóch drużyn firmy Parexel. Moją drużynę poza mną uzupełnili koleżanka i koledzy z działu: Kamila, Kuba, Adam, Jacek i Paweł, z którym już raz biegałem Ekidena jeszcze w barwach Nielsena.

3061645124891169499

      Pogoda tym razem była idealna do biegania. Dokładnie taka jaką lubię. Ekiden zawsze mi się kojarzyl z ogromnym upałem. Jedynie ten ostatni w 2019 się pod tym względem wyróżniał, bo pierwsze zmiany biegły w strugach deszczu po oberwaniu chmury i dopiero zawodnicy ostatnich zmian musieli zmierzyć sie z dusznym powietrzem i słońcem. Można zatem powiedzieć, że tym razem pogoda sprzyjała. Nasz bieg rozpoczął na pierwszej zmianie Kuba. Po pokonaniu ponad 7 kilometrów przekazał pałeczkę Pawłowi przed którym było 10-kilometrowe wyzwanie. Paweł jest niewątpliwie naisilniejszym punktem naszej drużyny. Wiedziałem więc, że nie będzie kazał mi na siebie zbyt długo czekać i faktycznie pokazał na co go stać. Przede mną było kolejne 10km. Generalnie przed startem nie miałem ścisle określonych oczekiwań co do swojego wyniku. Zakładałem, że powinienem pobiec poniżej 48 minut. Już na starcie jak to często bywa ambicja zaczęła podpowiadać mi by może spróbować pobiec trochę szybciej i zobaczyć co z tego wyjdzie.

aIMG-20220514-WA0010_Easy-Resize.com

      Gdy przejąłem od Pawła pałeczkę biegło mi się stosunkowo dobrze. Postanowiłem więc spróbować biec tempem 4:30 na kilometr i zobaczyć jak długo tak wytrzymam. Mimo, że mijał kilometr po kilometrze udawało mi się to w zasadzie bez jakiegoś strasznego wysiłku. Warto tutaj wspomnieć o jednym momencie podczas którego przeżyłem pewną małą swoistą hustawkę mentalną. To moment, w którym dobiegłem do punktu oznaczonego flagą „3km”. W pierwszej chwili pomyślałem, że do mety mam jeszcze 3 kilometry i coś mi się tu nie zgadzało, bo byłem przekonany, że przebiegłem już 8, no ale choć przyjąłem to z małym grymasem twarzy to jednak wziąłem to na przysłowiową „klatę” i pomyślałem „jak mus to mus..  zostało trzy, niech będzie trzy”. Trwałem w tym przekonaniu przez cały kilometr, aż dobiegłem do kolejnego znacznika „4km” i wtedy do mnie dotarło, że przecież te „3km” to nie oznaczało, że zostało 3 kilometry do metry tylko że przebiegłem już 3km z drugiej pięciokilometrowej petli, a do mety zostało 2. Nie wiem skąd się wzięło tego typu zaćmienie. Mimo, że przebiegłem dość spory dystans w bardzo dobrym jak na swoje możliwości, wręcz rekordowym tempie, to jednak nie czułem się strasznie zmęczony. Fakt jest jednak faktem, że się pomyliłem, ale gdy zrozumiałem swój błąd uśmiechnąłem się w głębi duszy i swiadomość, że do mety jest już dużo bliżej, niż mi sie wydawało jeszcze chwilę wcześniej dodała mi dodatkowej energii, która pozwolila przebiec ostatni kilometr najszybciej ze wszystkich dziesięciu. Po dotarciu na koniec swojej zmiany przekazałem pałeczkę Kamili, przed ktorą podobnie zresztą jak przed Jackiem i Adamem był dystans 5 kilometrów.

a20220514_111218_Easy-Resize.com

      Całość zajęła nam 3 godziny 25 minut i 54 sekundy. Motto naszej firmy brzmi „what We do We do with heart” i tak też to przebiegliśmy. Z sercem.  Każdy z nas dał tyle ile mógł, a przede wszystkim swoje towarzystwo, bo był to naprawdę miło spędzony czas. Pandemia sprawiła, że od dwóch lat w zasadzie pracuję z domu, nie spotykamy sie na codzień w biurze, rzadko mamy okazję porozmawiać na żywo na tematy niezwiązane z pracą. Była więc okazja miło spędzić ze sobą czas i odswieżyć relacje. Ja swoje 10 kilometrów przebiegłem w 44 minuty i 9 sekund i jest to najszybsze 10 kilometrów w moim życiu. Cieszy, naprawdę cieszy, zwłaszcza, że była to dla mnie duża niespodzianka. Naprawdę nie spodziewałem się takiego wyniku. Owszem, przez ostatnie miesiące mocno trenowałem, ale miałem wrażenie, że od czasu maratonu w Łodzi moja forma mocno spadła. Okazało się, że jednak jeszcze nie jest tak źle. Myślę, że dużą rolę odegrała tu też pogoda.

aIMG-20220514-WA0009_Easy-Resize.com

aIMG-20220514-WA0018_Easy-Resize.com

      Na koniec nie sposób nie wspomnieć słowem o  moich kolegach i byłej drużynie Nielsena.  W zasadzie sporo się zmieniło, reprezentacja Nielsena na Ekidenie już nie jest tak liczna jak kiedyś, firma się podzieliła, jedni przestali biegać, inni zmienili pracodawcę, na ich miejsce przyszli nowi to jednak miło było znowu się zobaczyć. Nie widzieliśmy się w zasadzie trzy lata, a z niektórymi z nich wspólnie przeżyliśmy wiele miłych chwil, czy to w biurze, czy to na róznego rodzaju zawodach, czy wyjazdach. Nie ukrywam też, że trzymałem kciuki i Im kibicowałem. Po 6 latach odbijania się od podium i zajmowania miejsc czwartych czy piątych w klasyfikacji Mistrzostw Firm miałem nadzieję, że uda im się w końcu zbudować drużynę, która będzie w stanie powalczyć o jak najwyższe miejsca, zwłaszcza, że po pandemii konkurencja jest jakby zdecydowanie mniejsza i tak też sie stało. Nielsen wygrał swoją poranną turę, w której startowali razem z nami. W drugiej popołudniowej turze tylko odwieczny rywal Accenture okazał się (zresztą jak zwykle) lepszy i w 7 starcie w końcu udało się Im wybiegać upragnione 2 miejsce w Klasyfikacji Mistrzostw Firm. Po tylu latach prób gdzie czasami było o włos należało się.  Szczerze gratuluję!

2022.05.14 Warszawa  Maraton: XVI SZTAFETA MARATOŃSKA EKIDEN – 3:25:54 (moje 10km: 44:09)

Reklama

Powroty

Rozgrzewka

      W życiu tak to często bywa, że największą frajdę i radość sprawiają nam rzeczy najdłużej wyczekiwane i w pewnym małym stopniu o tym będzie ten tekst, ale nie tylko. Będzie też o tym, że mimo zwątpienia i rozczarowania nie ma się co poddawać i rezygnować. O tym, że warto być cierpliwym i wytrwałym. Będzie też trochę historii, emocji, przeżyć i mniej lub bardziej świeżych wspomnień. Z góry jednak uczciwie ostrzegam Cię Drogi Czytelniku, że zapowiada się długo, ale też jest wiele rzeczy, którymi chciałbym się tutaj z Tobą podzielić. Mogę też czasem trochę przynudzać, bo momentami trudno poskładać myśli w warunkach lotniskowych, bądż też z poziomu pokładu samolotu. Dlatego też od razu, bez zbędnej zwłoki gratuluję każdemu, komu uda się przetrwać ten istny słowny maraton, no i do zobaczenia na mecie. Jesteś zwyciezcą! Tych którzy nie podejmą wyzwania, albo odpadną po drodze rozumiem. Nawet najwybitniejsi zawodnicy miewają kryzysy i nawet w formie bywa, że napotyka się tą legendarną ścianę. No co zrobisz? Nic nie zrobisz…

a21765106_1762382023804418_2462569480289386155_n

Rozczarowania

      Ostatenie dwa lata były dla mnie dość ciężkie. Zresztą pewnie dla kazdego. Pandemia dotknęła zwłaszcza tego co sprawia mi tak wiele radości i satysfakcji, czyli zawodów biegowych i podróżowania. Przed pandemią miałem pewną zasadę, której starałem się trzymać od dawna, mianownicie conajmniej dwa wyjazdy w roku na jakieś biegi zagraniczne. Jeden na wiosnę i jeden na jesieni. Pozwalało mi to utrzymać motywację do treningu przez cały rok, bo zawsze gdzieś w dość nieodległej perspektywie czasu były jakieś zawody na które chciałbym wyjechać i które chciałbym ukończyć w miarę dobrym stylu. Pandemia w Polsce dopadła mnie w momencie, gdy byłem w zasadzie w życiowej formie na swoim ulubionym dystansie półmaratonu. W ostatnim tygodniu lutego 2020 roku w Wiązownej poprawiłem swój rekord. Chwilę potem jako ostatnie przetarcie miał być jeszcze Jerusalem Halfmarathon w Izrealu, a tydzień później miałem przebiec swój  najszybszy półmaraton w życiu na na najważniejszej w swoim życiu imprezie, czyli na World Ahletics Championships Gdynia 2020. Był to też zresztą 10 jubileuszowy rok mojego biegania i tym biegiem chciałem dokonać pewnego swoistego podsumowania tej dekady (w końcu to taki piękny jubileusz) i skończyć ze ściganiem się z czasem i rekordami, odłożyć już wyzwania na bok, a zaczać czerpać z tego już jedynie zabawę i biegać na zupełnym luzie. Z każdym rokiem człowiek jest przecież coraz starszy i coraz trudniej stawać się coraz szybszym. Wymaga to też coraz większych poświęceń. Trenowałem wówczas bardzo ciężko przez kilka miesięcy i byłem do tego biegu absolutnie przygotowany. Niestety zarówno jedne, jak i drugie zawody najpierw zostały przeniesione na jesień, a potem całkiem odwołane, a ja zostałem z tą ciężko wypracowaną formą, jak nieodżałowany „Himilsbach z angielskim”. Oczywiście było to dla mnie spore rozczarowanie. Odebranie szansy choćby sprawdzenia się, a potem brak jakichkolwiek zawodów i możliwości podróżowania mocno nadszarpnęły moją motywację. Niby cały czas biegałem, ale o wiele mniej i w dużej mierze przestałem czerpać z tego radość. Czasem myślałem nawet o tym, aby całkiem zawiesić swoje bieganie. Oczywiście od razu odbiło się to na wynikach i formie.

Motywacje

      Chyba punktem kulminacyjnym i zwrotnym był dla mnie półmaraton w Platerowie na Podlasiu w październiku 2021 roku, gdzie kompletnie mi nie poszło i w zasadzie dodreptałem do mety. Był to mój najwolniejszy maraton ze wszystkich, które przebiegłem w życiu, a trochę ich już się nazbierało. Jedyny, który zajął mi więcej niż 2 godziny. Wstrząsnęło mną to tak mocno, że niemalże od razu zapisałem się na Cracovia Półmaraton Królewski dwa tygodnie później. Wystarczyło kilka mocniejszych treningów i udało się pobiec szybciej o 12 minut. Zmotywowało mnie to do tego stopnia, że postanowiłem jeszcze raz spróbować zrobić to, czego nie pozwoliła mi zrobić pandemia, czyli poprawić wynik z Wiązownej, a potem wrócić do tego co kocham, czyli łączenie biegania z podróżowaniem. Żeby jednak osiągnąć ten sukces należało urwać kolejne dziesięć minut z wyniku z Krakowa. Sporo. Wysoko postawiona poprzeczka. Czy to moim przypadku jeszcze w ogóle możliwe? W listopadzie przygotowałem sobie listę kilkunastu zawodów i podróży, które chciałbym zrealizować w nowym roku i rozpocząłem przygotowania raz jeszcze. Starszy o dwa lata, ale tak samo, a może i bardziej zmotywowany. W sumie nie wiem nawet do końca jak to się stało i co ostatecznie zadecydowało, ale forma przyszła bardzo szybko. Niemalże dokładnie dwa lata po biegu w Wiązownej i cztery miesiące po Platerowie udało mi się zrobić to czego pandemia nie pozwoliła mi zrobić w Gdyni i to trzykrotnie w trzech kolejnych biegach. Najpierw poprawiłem swój rekord ponownie w Wiązownej na tej samej trasie co dwa lata wcześniej, potem w Warszawie, aż w końcu w Poznaniu udało mi się zrobić coś, o czym wcześniej nigdy w ogóle nawet nie marzyłem, czyli złamać godzinę i czterdzieści minut. Nareszcie mogłem poczuć się całkowicie spełnionym półmaratończykiem. Chyba na tej radości i trochę na zasadzie ułańskiej fantazji (zupełnie to do mnie nie podobne) postanowiłem „kuć żelazo póki gorące” i zaraz potem po 6 latach przerwy od maratonów zapisałem się na maraton w Łodzi, gdzie z rozpędu chciałem od razu rozprawić się ze swoim trochę już zakurzonym rekordem z 2016 roku. Tu mi niestety nie poszło i zostałem brutalnie sprowadzony na ziemię. Do trzydziestego trzeciego kilometra wszystko było z zgodnie z planem i biegłem swój najszybszy maraton w życiu, ale niestety maraton ma ponad czterdzieści dwa kilometry, a nie trzydzieści trzy. Po trzydziestym trzecim kilometrze odcięło mi kompletnie najpierw głowę, a potem nogi i było po zawodach. Wyzwaniem stało się dotarcie do mety. No niestety, ale bywa i tak. Maraton jednak uczy pokory i po raz kolejny okazało się, że życiowa forma w półmaratonie wcale nie oznacza życiowej formy w maratonie. Była to dla mnie bolesna (dosłownie) lekcja tego, że w na królewskim dystansie niestety nie da się pójść na skróty, zwłaszcza jeśli dodatkowo nie sprzyja temu pogoda i inne okoliczności. Każda porażka, nawet z samym sobą, oczywiście boli. Było rozczarowanie, ale aż tak bardzo tego nie rozpamietywałem i się nie przejmowałem. Przecież nie trenowałem pod kątem maratonu tylko swoich ulubionych połówek, a tu udało mi się więcej, niż nawet byłem w stanie sobie kiedykolwiek wyobrazić i to tak naprawdę zanim sezon się rozkręcił na dobre.

Przygoda

      Do powrotu do pełni szczęścia brakowało mi już tylko jednego – zawodów zagranicznych. Tu wyniki nie są już tak ważne. Liczy się satysfakcja z biegania, zwiedzanie, przygoda, poznawanie ciekawych ludzi z odległych krajów i odkrywanie nowych zakątków świata. Lista wyjazdów na ren rok, jak wspomniałem powstawała już w listopadzie, całkowicie wykrystalizowała się w grudniu. Generalnie bardzo lubię przygotowania do wyjazdów, planowanie ich. Lubię ten dreszyk emocji w momencie kupna biletu. Staram się wszystkie formalności załatwiać od razu z dużym kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Chyba nie ma większej motywacji, gdy jesteś już zapisany, wszystko jest już załatwione, opłacone i jedyne co zostaje to trenować i odliczać dni do wyjazdu. Bywa jednak, zwłaszcza tuż przed samym wyjazdem, że dreszczyk emocji związany z oczekiwaniem na ten wyjazd miesza sie z małymi wątpliwościami i przychodzi taki moment, że pojawia się myśl „po co mi to wszystko?”. Przecież można pobiegać na miejscu. A może w ogóle lepiej posiedzieć w domu? Poleżeć? Odpocząć? Tyle fajnych rzeczy jest przecież do zrobienia tutaj. A może ominie mnie akurat coś fajnego w telewizji? Wszystko zmienia się jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdzki w momencie założenia plecaka i zamknięcia za sobą drzwi w domu. Wówczas wszystkie wątpliwości momentalnie znikają i liczy się już tylko jedno… turystycznobiegowa przygoda.

10 kilometr: Monachium

      Pierwszy zagranicznym kierunkiem, który zaplanowałem sobie na ten rok był Dubrovnik w Chorwacji. Widząc jednak, że wiele lotów odbywa się przez Monachium postanowiłem wykorzystać ten fakt i zobaczyć także to miasto chociaż przez jeden dzień. Dlatego też planując lot do Dubrovnika wybrałem opcję z ponad dwudziestotrzygodzinną przesiadką w tej pięknej bawarskiej stolicy. Monachium chodziło mi po głowie już od 2019 roku. Urzekły mnie zdjęcia widziane w internecie i już w 2020 chciałem wybrać się tam na bieg. Ostatecznie pandemia przekreśliła i te plany. Teraz jednak nie stało już nic na przeszkodzie by Monachium w końcu zobaczyć. Wylądowałem w piątek późnym popołudniem i tego dnia żadnych dużych aktywności już nie planowałem. Po krótkim spacerze zameldowałem się w hostelu, a następnie w pokoju, który tym razem przyszło mi dzielić z Natalie z Niemiec i Elmirem z Bośni. W przypadku Natalie wizyta w Monachium była rekonesansem przed planowaną wkrótce przeprowadzką do tego miasta. Elmira natomiast do Monachium przywiodła turystyka. Szybko we trójkę znalezliśmy dobry kontakt dzięki czemu mój pierwszy i zarazem ostatni wieczór w Monachium upłynął równie szybko jak i miło. Warto tutaj wspomnieć o serii różnych zbiegów okolicznosci zwiazanych z Elmirem, które mnie trochę rozbawiły. Na przykład mimo, że nigdy nie był w naszym kraju to do Monachium przyjechał mając na plecach polski bardzo popularny zresztą kiedyś w naszym kraju plecak firmy Jansport, który jak się okazało kupił o dziwo tam, gdzie akurat podróżowałem, czyli w Dubrovniku… Na marginesie… plecak bardzo sobie chwalił. Również jego kraj pochodzenia, czyli Bośnia i Hercegowina okazał się sporym zbiegiem okoliczności, ale nie będę póki co zdradzał tutaj szczegółów. Zagadka sama rozwiąże się potem.

20220430_082809_Easy-Resize.com

      Następnego dnia wczesnym rankiem rozpocząłem zwiedzanie. Czasu za wiele nie było więc starałem się podążać ściśle wcześniej wytyczoną trasą i planem by ograniczyć do minimum straty czasu. Zacząłem oczywiście od tego, co w Monachium najpiękniejsze i położone w samym centrum czyli Katedra Najświętszej Maryi Panny, Marienplatz, nowy ratusz Rathaus, deptak Kaufingenstrasse, czy tak zwana Rezydencja. Dzięki temu dało się zobaczyć wiele najbardziej popularnych turystycznych atrakcji w mieście. Mimo to uważam jednak, że jeden niepełny dzień to zdecydowanie za mało by zobaczyć Monachium w pełnej okazałości. Wyjechałem zauroczony, ale i z poczuciem niedosytu.

20220430_080525_Easy-Resize.com

20220430_084321_Easy-Resize.com

21 kilomer: Dubrovnik

      Kilka godzin później byłem już w Dubrovniku i trzeba przyznać, że od samego początku wyczuwało się tu atmosferę biegowego Święta. Miasteczko tym wydarzeniem już po prostu żyło. Zwłaszcza, że tak naprawdę był to cały biegowy weekend i niektóre imprezy jak biegi dziecięce, czy bieg Run the Walls starymi murami miasta odbywały się już w sobotę. Na ulicach widoczne były liczne bilboardy przypominające o wydarzeniu i je reklamujące, a niemalże wszystkie latarnie na drogach wjazdowych do miasta przybrane były planszami ze słowami „Welcome Running Heroes”. Widząc takie powitanie można było poczuć się naprawdę wyjątkowo.

20220501_181229_Easy-Resize.com

      Od razu po drodze do hostelu zameldowałem się po odbiór pakietu startowego. Warto w tym miejscu poświęcić chwilę i powiedzieć, że pakiet był wyjatkowo bogaty. Wystarczy wspomnieć, że poza standardowymi elementami, które spotyka się często na różnych zawodach jak koszulka, czy też bardzo fajny worek na rzeczy pakiet obejmował także czterodniową, darmową komunikację po mieście, karnet wstępu do wszystkich licznych muzeów w Dubrovniku, imprezę pożegnalną z posiłkiem zaraz po biegu w jednym z tutejszych lokali w starodawnej twierdzy, a także darmowy rejs statkiem na wyspę Lokrum. Ponieważ Dubrovnik to stosunkowo małe miasteczko i w zasadzie wszędzie jest blisko niedługo potem byłem juz w hostelu, a w zasadzie ku mojemu zdziwieniu w prywatnej kwaterze prowadzonej przez Anę i jej dwóch synów. Tym razem pokój przyszło mi dzielić z Jongeokiem „Dzejem” z Korei oraz Chorwatką Ivaną, która podobnie jak ja następnego dnia miała zmierzyć się z półmaratonem. W tym miejscu warto wyrazić słowa uznania dla Niej, gdyż choć warunki fizyczne Jej w bieganiu na pewno nie sprzyjają, a dodatkowo jest cukrzykiem to jednak nie szuka wymówek tylko biega i jest to Jej już kolejny półmaraton (szacunek! naprawdę mi zaimponowała). „Dzejowi” za to z bieganiem w ogóle nie po drodze. Woli całymi dniami siedzieć przed laptopem. Jako wolontariusz w zamian za możliwość darmowego mieszkania pomaga Annie i jej synom prowadzić kwaterę. Jest też fotografem i żyje sobie robiąc zdjęcia spędzając pół roku w Dubrovniku, a drugie pół w Cancun w Meksyku. Fajnie… No, ale wracając do Dubrovnika. Tego wieczoru nie miałem już żadnych planów i skupiłem się jedynie na odpoczywaniu po podróży i zwiedzaniu. W końcu czasu na poznawanie miasta zaplanowałem dość sporo już po biegu.

20220430_170116_Easy-Resize.com

20220504_111122_Easy-Resize.com

      Muszę przyznać, że chyba nigdy nie miałem na start z hostelu tak blisko. Miejsce, w którym się zatrzymałem zlokalizowane było bowiem dosłownie 50 metrów od startu, co zdecydowanie ułatwiło i uprościło logistykę. No i dało się w końcu wyspać przed biegiem. Jeszcze przed wystrzałem startera udało mi się spotkać kilku Polaków, między innymi grupkę ze Szczecina, z którymi wymieniliśmy kilka słów i życzyliśmy sobie nawzajem powodzenia. Spotkaliśmy się zresztą także na mecie.

20220501_084107_Easy-Resize.com

      Mimo stosunkowo wczesnej pory słońce mocno grzało co dawało do zrozumienia, że łatwo nie będzie. Specjalnych planów i oczekiwań co do wyniku nie miałem. W końcu jak wspomniałem wyjazdowe biegi rządzą sie swoimi prawami. Założyłem sobie jednak, że mimo wszystko nawet biegnąc na luzie powinienem złamać godzinę i pięćdziesiąt minut. Nie spodziewałem się kłopotów. W końcu kilka tygodni wcześniej, co prawda przy zupełnie innej pogodzie pobiegłem dwanaście minut szybciej. Z drugiej strony należało wziąć poprawkę na trudniejsze warunki atmosferyczne, cięższą trasę, przebiegnięty tydzień wcześniej maraton na którym cierpiałem, no i poprzedzający bieg dzień spędzony na spacerowaniu po Monachium i podróże.

279059979_7492836430758920_5615071677651571508_n_Easy-Resize.com

278896367_7492837097425520_2995322968013492263_n_Easy-Resize.com

     Punktualnie o 9:30 rozległ się wystrzał startera i międzynarodowa prawie tysięczna rzeka biegaczy najpierw bramą Ploce, a potem starymi wąskimi brukowanymi uliczkami między innymi obok twierdzy Revelin wylała się poza Stare Miasto. Pierwsze kilometry dość szybkie nawet mimo pewnego tłoku na trasie. Mniej więcej po 3 kilometrach zacząłem przecierać oczy ze zdziwienia. Otóż odniosłem wrażenie, że wśród spacerujących wzdłuż trasy kibiców dostrzegłem Marcina Gortata. Wydało mi się to dość mało prawdopodobne. W końcu szanse na takie spotkanie były raczej minimalne. Z drugiej strony to dopiero trzeci, no może czwarty kilometr. Co prawda słońce mocno świeci, jest bardzo gorąco, ale chyba nie jest juz ze mną tak źle, żeby mieć urojenia skoro to dopiero początek biegu. W przekonaniu, że się nie mylę upewniał mnie fakt, że biorąc pod uwagę wzrost i Jego sylwetkę raczej trudno pomylić Marcina z kimkolwiek, a ponadto jego wzrok ewidentnie przyciągnął mój biało-czerwony strój. Uśmiechnąłem się w głębi serca na to spotkanie i pobiegłem dalej pokonując kolejne kilometry najpierw wzdłuż dubrownickich zatoczek, a potem przez pobliskie miejscowości. Dopiero po biegu potwierdziło się, że to był faktycznie Marcin Gortat. Zaczepiony przez Polaków na lotnisku dowiedział się, że w Dubrovniku jest półmaraton i biegną „nasi” i przyszedł pokibicować. To miłe. Mniej więcej do połowy dystansu mimo, że miało być dość rekreacyjnie to biegło mi się stosunkowo szybko nawet mimo licznych pagórkow. Gdy po 11 kilometrach nastąpiła nawrotka słońce dawało się już coraz bardziej we znaki i nie pomagały nawet licznie rozstawione punkty z wodą, kibice, czy też lokalne zespoły muzyczne dopingujące biegaczy. Każdy kilometr stawał się wymagający i choć nadal biegłem zgodnie z planem to jednak stawało się to coraz trudniejsze. Na pewno najsympatyczniejsze momenty to te, gdy po nawrotce mijało się kogoś w biało-czerwonym stroju, albo z innym akcentem w naszych narodowych barwach. Kończyło się to zawsze pozdrowieniem, albo przynajmniej wymianą uśmiechu. Przed startem na liście naliczyłem 23 osoby z Polski. Pewnie przynajmniej połowę spotkałem na trasie. Chyba największe wezwanie czekało biegaczy na 20 kilometrze, gdzie w momencie, gdy organizm bywa juz skrajnie wyczerpany trzeba było podbiec rozciągnięte na prawie kilometr 60-metrowe wzniesienie. Nie ukrywam, że pojawiły się tu problemy i moje tempo dość mocno spadło. Gdy jednak dotarłem na szczyt dalej było już prosto i przyjemnie do mety.

279807859_7492837490758814_3722647133857797217_n_Easy-Resize.com

20220501_112511(0)_Easy-Resize.com

      Choć realizacja założonego rezultatu ważyła się do ostanich metrów to się udało, ale o sukcesie zadecydowało jedynie 6 sekund. Plan więc zrealizowany. Uczciwie jednak przyznam, że kosztowało mnie to zdecydowanie więcej wysiłku, niż zakładalem i tego relaksu było jakby mniej, niż można było oczekiwać. Ostatnich kilka kilometrów biegłem razem z Mariną. Poznaliśmy się około 16 kilometra. Zaczeliśmy rozmawiać, a potem na już na mecie zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie. Marina choć aktualnie mieszka w stolicy Zagrzebiu to jednak w czasach szkoły średniej kilka lat spędziła w Dubrovniku. Umówiliśmy się na wieczór. Podczas spaceru opowiedziała mi sporo o mieście, o sobie i mieliśmy okazję się lepiej poznać. To był naprawdę miło spędzony czas.

20220501_192723_Easy-Resize.com

25 kilometr: nadal Dubrovnik

      Nastepnego dnia od samego rana planowalem zwiedzanie Dubrovnika. Niestety aura czasem bywa złośliwa i plata figle. Dzień wcześniej podczas biegu dominował upał i słońce. Teraz, gdy życzyłbym sobie więcej słońca jak na złość od rana padało. Nie zraziło mnie to jednak bardzo. Wyposażony przezornie w parasol przemierzałem zakamarki Starego Miasta. Jeszcze raz na spokojnie miałem okazję zobaczyć to co wczoraj mogłem jedynie podziwiać w biegu. Udało się zaliczyć w zasadzie zdecydowaną wiekszość architektonicznych atrakcji Dubrovnika wymieniając choćby bramy Pile i Ploce, fontannę Onufrego, klasztor i kościół Franciszkanów, czy Stary Port, a przy okazji przespacerować się starożytnymi murami miasta, którymi jest obwarowane dookoła, dzięki czemu można podziwiać przepiękne widoczki i panoramę.

20220502_103259_Easy-Resize.com

20220502_101750_Easy-Resize.com

      Jako ktoś kogo bardzo interesuje historia, zwłaszcza ta współczesna XX wieku nie mogłem sobie też darować tego by nie obejrzeć wystawy poświęconej obrońcom Dubrovnika z czasów wojny bałkańskiej w latach 90. Są tam zdjęcia kilkuset żołnierzy, którzy zginęli podczas tejże obrony, a takze wiele pamiątek, zdjęć i film płonącego i bombardowanego przez Serbów miasta. Dubrovnik wówczas był mocno zniszczony, nie oszczędzano nawet najważniejszych zabytków. Szczególne wrażenie robią dosłownie strzępy zakrwawionej chorwackiej flagi, która podczas obrony miasta powiewała z pobliskiego wzgórza Srd.

20220502_091003_Easy-Resize.com

      Ponieważ padało niemalże cały czas uwinąłem się dużo szybciej, niż się spodziewałem i zostało mi trochę czasu by wybrać się także na wyspę Lokrum. Jest tam bardzo interesujący rezerwat przyrody i ogród botaniczny, gdzie można podziwiać stary klasztor, fort oraz wspaniałą florę i faunę, z czego największe wrażenie robią dziesiątki żyjących tam na wolności kolorowych pawii. Z ciekawostek można dodać, że wyspa ta cieszy się także popularnością wśród ludzi zajmujących sie kinematografią. Co prawda nie jestem dobry „w seriale”, ale wiem, że jest taki serial jak „Gra o Tron” i jest nawet dość popularny. To właśnie tam kręcono zdjęcia do tego serialu.

20220502_123649_Easy-Resize.com

20220502_122703_Easy-Resize.com

32 kilometr: Mostar

      Kolejny dzień przyniósł mi kolejną przygodę. Choć moja wyprawa teoretycznie powinna zakończyć się na Dubrovniku, to jednak okazało się, że stąd stosunkowo łatwo i szybko bez żadnych formalności, a nawet paszportu można wybrać się na wycieczkę do Bośni i Hercegowiny, a konkretnie do Mostaru. To miasto jest jednym z tych miast, które najbardziej ucierpiały podczas tak niedoległej przecież w czasie wojny na Bałkanach. Walczyli o nie zarówno Chorwaci, jak i Serbowie. Oblężone przez 3 miesiące było pozbawione dostaw żywności i wszelkiej pomocy z zewnątrz, potem doświadczało gwałtów i przemocy, a po wojnie odnaleziono w nim dwa zbiorowe groby, świadectwa dokonanego tu ludobójstwa. Do tej pory zresztą widoczne są tu skutki bombardowań i ostrzału. Cześć budynkow do dziś nie została odbudowana. Gdy więc w obliczu tego co dzieje się na Ukrainie pojawiła się szansa zobaczyć choćby minimalny ślad tamtych czasów nie mogłem darować sobie by tego miasta nie odwiedzić. Nawet po 30 latach widząc to wszystko człowiek od razu milknie i zaczyna zdawać sobie sprawę jak niewiele potrzeba by stracić to czego na codzień w ogóle nie doceniamy przyjmując jako coś dane na zawsze, czyli spokojne bezpieczne życie i pokój.

20220503_114554_Easy-Resize.com

20220503_112714_Easy-Resize.com

      Co ciekawe jadąc z Dubrownika do Mostaru granica układa sie tak niefortunnie, że przekracza się ją aż trzy razy: jako granicę chorwacko-bośniacką, bośniacko-chorwacką i znowu chorwacko-bośniacką. To co mnie ogromnie zaskoczyło w Mostarze to też ogromna rzesza polskich turystów w tym mieście. Nie był to raczej jednodniowy przypadek, gdyż nawet wielu sprzedawców w sklepach całkiem sprawnie posługuje się naszym jezykiem. Tłumaczę to sobie bliskością Medjugorje i ogromną ilością pielgrzymów, którzy do Mostaru przybywają po drodze do tamtejszego sanktuarium. Niestety Medjugorje nie udało mi się odwiedzić, choć to było tak blisko, ale wycieczka z Dubrovnika do Mostaru tego nie obejmuje, a szkoda. Spędziłem w Mostarze kilka godzin, a że nie jest to duża metropolia to udało się zobaczyć to co jest warte zobaczenia.

20220503_113518_Easy-Resize.com

     Zdecydowanie największą turystyczną atrakcją jest Stary Most nad rzeką Neretwą wybudowany w XVI wieku. Co ciekawe z tego mostu odbywają sie regularne skoki do rzeki. Nie jest to jedynie wątpliwy sposób na sprawdzenie odwagi dla miejscowych meżczyzn, ale także sposób na zarobek. Śmiałkowie zbierają pieniądze od turystów, a gdy nazbiera sie odpowiednia kwota proszą o aplauz i szykują się do show. Na marginesie powiem, że most znajduje się ponad 20 metrów nad poziomem wody, a rzeka jest podobno bardzo niebepieczna. Przemierzając Mostar poza Starym Mostem na pewno też warto zobaczyć najsłyniejszą uliczkę Kujundziluk oraz meczety. Niedaleko Mostaru są też przepiękne wodospady Kravica. Rozciągają się na ponad 100 metrach szerokości, a spadek poziomu wody dochodzi nawet do 25 metrów. Widoki, które tam można zobaczyć pełne niespotykanych barw po prostu zapierają dech w piersi.

20220503_145835_Easy-Resize.com

20220503_151037_Easy-Resize.com

Meta

      Uff…. to juz chyba meta. Gratuluję cierpliwości i wytrwałości i naprawdę doceniam. Mogłaś lub mogłeś w tym czasie robić dziesiątki innych ciekawszych rzeczy. Mimo to poświęciłeś lub poświęciłaś wiele minut by linijka po linijce niczym metr po metrze nie do końca łatwego biegu przebić się od startu do mety przez na pewno długi, a być może nie do końca pasjonujący tekst. Wielkie dzięki. Już tak na sam koniec, no po prostu nie mogę o tym nie wspomnieć, wisienka na torcie dla najbardziej wytrwałych. W sytuacji, gdy wróciłem do Warszawy z prawie tygodniowej wyprawy podczas której odwiedziłem kolejne trzy kraje, zobaczyłem piękne zupełnie różne od siebie miasta, cudowną wyspę i równie cudowne wodospady, spotkałem Marcina Gortata, przebiegłem wspaniały półmaraton w równie wspaniałej atmosferze, poznałem świetnych ludzi i myślałem, że już nic mnie nie będzie w stanie w tym dniu zaskoczyć to już po wylądowaniu, gdy samolot zajął swoje miejsce obok terminala, lot dobiegł końca, odsłoniła się kotara biznes klasy i ludzie zaczeli wstawać po swoje bagaże, to wówczas zza tej kotary wyskoczył niczym królik z kapelusza Prezydent Kwaśniewski i jego małżonka – Jolanta. Okazało się, że cały lot siedzieli dosłownie tuż przede mną. Ot taka to jeszcze atrakcja na zakończenie.

Przerwa na regenerację

      A skoro mówimy o powrotach… To może ten tekst jest też dobrym zaczynkiem do powrotu do blogowania? W sumie jeszcze nie wiem, choć może jak się powiedziało „A” to trzeba powiedzieć i „B”? Trochę żałuję, że pięć lat temu przestałem pisać. Jest to niewątpliwie jedna z tych rzeczy w swoim bieganiu, których z perspektywy czasu naprawdę żałuję, ale taki to był moment, że zabrakło czasu, determinacji, inne były priorytety. Dziś jest już trudno o powrót. Przez tych 5 lat sporo się wydarzyło, przebiegłem wiele zawodów, odbyłem sporo podróży, przeżyłem wiele fajnych momentów. Czas jednak robi swoje. Wiele wspomnień z wyjazdów, zawodów, śmiesznych sytuacji, emocji, czy przeżyć być może już uciekło z pamięci bezpowrotnie. Z jednej strony trudno byłoby to wszystko nadrobić i odtworzyć, z drugiej jeszcze trudniej to wszystko po prostu pominąć i iść dalej jakby tego w ogóle nie było zostawiając pięcioletnią pustkę. Muszę to dobie wszystko na spokojnie przemyśleć…

2022.05.01 Dubrovnik (Chorwacja) Półmaraton: DU MOTION HALFMARATHON DUBROVNIK – 1:49:54

Więcej zdjęć z Monachium:

Więcej zdjęć z biegu:

Więcej zdjęć z Dubrovnika:

Więcej zdjęć z Lokrum:

Więcej zdjęć z Mostaru:

Więcej zdjęć z Kravicy:

W pogoni za słońcem

      Nie miałem zbyt wielu wątpliwości, co będzie moim kolejnym sportowo-podróżniczym wyzwaniem. W zeszłym roku po kwietniowym półmaratonie w Atenach oraz listopadowym maratonie w Istambule rozsmakowałem się w bieganiu pod palmami, w słońcu i nadmorskim klimacie. Długa zima i tęsknota za wiosną i piękną pogodą jeszcze tylko spotęgowały to uczucie i pragnienie. Być może dlatego tym razem decyzję podjąłem dość szybko ograniczając listę do Cypru i Malty. Ostatecznie wybór padł na 32 Vodafone Malta Half Marathon.

      Malta to niewielki kraj na Morzu Śródziemnym. Ciekawostką jest fakt, że jest to najdalej na południe położone państwo Europy, a stolica Malty, Valetta jest wysunięta w kierunku równika nawet bardziej, niż niektóre stolice państw Afryki Północnej, jak na przykład Tunis, stolica Tunezji, czy też Algier, stolica Algierii. Malta ma bardzo długą historię. Cywilizacja zaczęła rozwijać się tam już ponad 7000 lat temu. Współczesna Malta jest krajem rozwiniętym o bardzo wysokim wskaźniku rozwoju społecznego oraz dobrej jakości życia. Tamtejszy klimat charakteryzuje się krótkimi, bardzo łagodnymi zimami oraz 300 dniami słonecznymi rocznie.

      Z niecierpliwością oczekiwałem na ten wyjazd. Choć w tym roku raczej nie nastawiam się na bieganie na wyniki to jednak ten konkretny bieg chciałem potraktować bardzo poważnie i powalczyć o rekord życiowy na tym dystansie. Zachęcała mnie do tego podobno dość szybka trasa. Przynajmniej tak to wyglądało „na papierze”. Przygotowania rozpocząłem już od samego początku roku i choć starałem się w nie mocno angażować, wkładać dużo serca i determinacji to jednak nie byłem z nich zadowolony. Przedłużająca się zima i przeciągające się drobne, ale uciążliwe dolegliwości lewej nogi nie pozwalały mi dać z siebie tyle, ile bym chciał i na ile liczyłem. Czas nieubłaganie mijał, a forma nadal była daleka od oczekiwanej. W pewnym momencie chyba już straciłem nadzieję na powodzenie, chciałem się poddać i pogodzić się, z faktem, że najlepszym moim wynikiem na tym dystansie przynajmniej na razie pozostanie ten uzyskany na zeszłorocznym XI Półmaratonie Warszawskim (1:43:38). Postanowiłem po prostu powalczyć, dać z siebie wszystko i zobaczyć jak rozwinie się sytuacja, ale wiary w jakiś bardzo dobry wynik tak naprawdę za wiele chyba już nie było, mimo iż trasa miała być przecież sprzymierzeńcem.

      Na Maltę docieram w piątek późnym wieczorem. Już w samolocie wyczuwam atmosferę biegowego święta. Myślę, że blisko kilkudziesięcioosobową grupę wśród pasażerów samolotu stanowią biegacze. Wśród nich także czterosobowa reprezentacja klubu Zmęczeni na Starcie Dobiegniew, czyli Tomek, którego poznałem kilka tygodni wcześniej wraz z Sandrą, Iwoną i Grzegorzem. Jest też Piotr z zaprzyjaźnionej warszawskiej grupy Trucht Tarchomin. O tym jednak dowiem się dopiero później, na mecie biegu. Początki nie są łatwe. Okazuje się, że rozkład jazdy miejskich autobusów żyje swoim własnym życiem i komunikacja miejska na Malcie czasami kursuje po swojemu. Część z nas decyduje się w tej sytuacji wziąć taksówki. Reszta cierpliwie i wytrwale czeka. W końcu po godzinie jakiś autobus przyjeżdża i ruszamy w drogę do hostelu. Wspólne czekanie, a potem jazda autobusem sprzyja nawiązaniu nowych znajomości. Dzięki temu poznaję grupę biegaczy z Kielc. Okazuje się, że zakwaterowani jesteśmy bardzo blisko siebie. Nasze drogi podczas pobytu na Malcie jeszcze wiele razy będą się krzyżować.

      Sobota to głównie czas zwiedzania. Pakiety odebrać można dopiero od godziny 15. Postanowiłem więc wykorzystać tą sytuację na długi poranny spacer po Malcie. Wyspa jest stosunkowo niewielka, odległości są bardzo małe, a wiele atrakcji turystycznych rozlokowanych jest w blisko siebie. Można więc śmiało zaryzykować pieszą wycieczkę. Z miasteczka Sliema nad zatoką St. Julien’s, gdzie zamieszkałem postanawiam pójść wzdłuż wybrzeża według wcześniej szczegółowo rozpisanego planu. Mijam wieżę San Ġiljan, potem Fort Tigne, w oddali po drugiej stronie wody na wyspie o tej samej nazwie wspaniale prezentuje się okazały Fort Manoel. Fort ten został zbudowany w XVIII wieku przez Zakon Maltański. Mocno zniszczony w czasie drugiej wojny światowej, dziś jest w dobrej kondycji. Po drodze w miejscu, gdzie organizatorzy rozstawiają już powoli metę spotykam nowych przyjaciół z Dobiegniewa. Chwilę rozmawiamy, wymieniamy pierwsze wrażenia, robimy kilka zdjęć. Potem idąc dalej docieram do Msidy. To bardzo malownicza okolica. Moją uwagę przyciąga przede wszystkim prześliczny tutejszy kościół – Msida Parish Church, a także wiele mniejszych, ale bardzo kolorowych budynków, które nadają tej miejscowości wyjątkowy urok. Po blisko trzech godzinach marszu i zwiedzania docieram do stolicy wyspy Valetty. To chyba jedno z ciekawszych miejsc na Malcie. Miasto to wpisane jest na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Jest tu wiele wspaniałych atrakcji wartych zobaczenia. Skupiam się na kilku z nich, takich jak na przykład Kościół Świętego Publiusa, pierwszego biskupa Malty, czy też upamiętniający ofiary II Wojny Światowej obelisk War Memorial. W sobotę jednak na dłuższe zwiedzanie nie ma już czasu. Wrócę tu w poniedziałek. Krótka przerwa na odpoczynek i lokalną specjalność, czyli tak zwaną Pastizzi i pora wracać. Decyduje się na prom, którym w kilkanaście minut dopływa się z powrotem do Sliemy.

      Po południu w hotelu Meridien nad zatoką St. Julian’s, gdzie zlokalizowano biuro zawodów znowu spotykam same znajome twarze, poznaje nowe jak na przykład Pana Tadeusza. Dopiero po powrocie do kraju dowiem się z kim tak naprawdę właśnie mam przyjemność. Miłe rozmowy, uśmiechy, wymiana wrażeń, odbiór pakietu, inne formalności i powrót do hostelu na zasłużony odpoczynek. Wcześnie rano czeka mnie przecież pobudka. I tak jestem szczęściarzem. Maratończycy swój bieg zaczynają jeszcze dwie godziny przed nami. Potem nasze drogi zejdą się i finiszować będziemy już wspólnie.

      Start biegu zaplanowany został w Mdinie, zwanej kiedyś Silent City, gdzie zabierają nas specjalne autokary. To położona w centralnej części wyspy dawna stolica Malty. Jest to średniowieczne miasto z wąskimi, cichymi uliczkami, położone na wzgórzu, skąd roztacza się szeroki widok na wyspę. Miasteczko zamieszkane obecnie przez kilkusetosobową grupę stwarza wrażenie opuszczonego. Panuje tu cicha i przyjemna atmosfera. Normalnie teren ten wyłączony jest z ruchu kołowego. Towarzyszy mi Miłka, kolejna biegaczka z Polski poznana w hostelu, w którym zamieszkałem. Krótka wspólna wycieczka małymi uliczkami, kilka zdjęć. Na dłuższe zwiedzanie nie ma czasu.

      Nadszedł moment startu. Barwna międzynarodowa fala biegaczy z całego świata ruszyła na trasę. Na początku pogoda wręcz idealna do biegania. Słońce schowane za chmurami i delikatny wietrzyk. Stosunkowo ciepło, ale nie gorąco. Pierwsze kilometry mocno z górki. Paradoksalnie jednak nie jest to zbyt duże ułatwienie. W licznej zwartej grupie nie można się rozpędzić na zbiegach. Trzeba mocno uważać, a momentami wręcz hamować, by uniknąć kolizji z innymi biegaczami. Po opuszczeniu Mdiny pierwsze kilometry wiodą przez pola uprawne i winnice. W końcu kilkutysięczna stawka biegaczy rozciąga się. Wówczas na zbiegach jest już dużo łatwiej. Biegnie się całkiem przyjemnie. Słońca jeszcze nie ma, powiewa delikatny wiatr, który chłodzi coraz mocniej rozgrzane ciała biegaczy. Uraz, który tak bardzo mnie niepokoił nie daje o sobie znać wcale. Może to kwestia dobrej rozgrzewki, a może po prostu adrenalina robi swoje. Wiedząc, że druga połowa dystansu jest już dużo trudniejsza staram się wyrobić jak największy zapas czasowy, ale nie przesadzam. Staram się zachować komfort swobodnego biegu. Mija kilometr za kilometrem. Na półmetku jest naprawdę dobrze. Dalej trasa wiedzie przez znane mi już miasteczka Valettę, barwną Msidę. Słońce jest już coraz wyżej, a wiatr coraz częściej i mocniej wieje w twarz. Od piętnastego kilometra zaczynają się kłopoty. Czas jak na moje możliwości jest nadal rewelacyjny, biegnie się jednak coraz trudniej. Stromych zbiegów już w zasadzie nie ma, coraz częściej pojawiają się krótkie, ale bardzo wymagające podbiegi. Słońce grzeje coraz mocniej. Ostatnie 4 kilometry wzdłuż wybrzeża. Pojawia się coraz większy kryzys. Jakaś starsza Pani wśród publiczności krzyczy: „Go, go, go, last metres”. Dodało to otuchy, chociaż tylko na chwilę. Wiem przecież, że tak naprawdę zostało jeszcze co najmniej 3 kilometry. Nogi coraz cięższe, oddech coraz głębszy. Nie kontroluje już czasu. Po prostu biegnę ile mam sił. W końcu w oddali dostrzegam metę. Przed nami jeszcze jednak długa prosta. Ten ostatni kilometr strasznie mi się dłuży, jakby nigdy miał się nie skończyć. Nagle tuż przed sobą zupełnie niespodziewanie dostrzegam Tomka. Dogoniłem go. Obaj mieliśmy próbować biec na podobny czas (1:43), ale wcześniej nie widzieliśmy się na trasie ani razu. Ostatnie kilkaset metrów finiszujemy w zasadzie razem. Jeszcze tylko ostatni zryw i upragniona meta. Mijając ją już w zasadzie wiem – 1:43 złamane. Cel, choć jeszcze kilka dni wcześniej wydawał się raczej nieosiągalny zostaje zrealizowany. Jest rekord. Chwilę potrzebuję by dojść do siebie. Chyba nie wyglądam najlepiej, ale na pytanie służb medycznych czy wszystko w porządku odpowiadam „yes, of course”. Jestem naprawdę szczęśliwy. Minie jeszcze pare godzin zanim wrócę do hotelu. Chce się nacieszyć tą imprezą, tą atmosferą, tym swoim sukcesem, wymieniam wrażenia, kibicuję innym.

      Po krótkim odpoczynku w hostelu wieczór spędzam już na mieście w towarzystwie Zmęczonych na starcie.  Długi spacer wzdłuż wybrzeża, mały posiłek, miła rozmowa, żarty. Wymieniamy wrażenia i wcześniejsze doświadczenia, wspominamy inne swoje biegi, poznajemy się bliżej. Okazuje się, że Iwona i Grzegorz mają w przeszłości całkiem bogatą karierę sportową za sobą. Jest naprawdę sympatycznie, pora jednak wracać do hostelu i położyć się spać. To była niedziela pełna wrażeń, najwyższy czas odpocząć. Jutro przecież ostatni, ale również bardzo intensywny dzień przede mną.

      Staram się wykorzystać jak najlepiej ten czas. Choć lot powrotny mam dopiero wieczorem od rana jestem już na nogach. Zaraz po opuszczeniu hotelu znowu spotykam „Zmęczonych”. Chyba jesteśmy na siebie skazani na tym wyjeździe, ale to bardzo fajnie, bo naprawdę miło spędzało nam się razem czas. Jeszcze z godzinę wspólnie pospaceruję z Nimi by ostatecznie wsiąść na prom i popłynąć do Valetty, by rozpocząć ostatni akcent odkrywania tej prześlicznej wyspy. Spacerując urokliwymi uliczkami, mijając Narodowe Muzeum Wojny docieram do Fortu St. Elmo. Jest on najbardziej znany z roli, jaką odegrał podczas najazdu osmańskich Turków i tak zwanego wielkiego oblężenia Malty w 1565 roku. Trochę dalej zlokalizowany jest upamiętniający 7000 maltańskich ofiar II wojny światowej wielki jedenastotonowy Dzwon Oblężenia. Podążając dalej docieram do Dolnych Ogrodów Barraka. Największe wrażenie robi tu na mnie grobowiec-pomnik vice-admirała Aleksandra Johna Bella. Trochę dalej zlokalizowane są Górne Ogrody Barraka. Można tu zobaczyć chociażby tak zwaną Salutting Battery, czyli Baterię Powitalną. Codziennie w południe, członkowie Malta Heritage Society (ubrani w mundury Artylerii Brytyjskiej) oddają salut armatni. Jest tam też wiele popiersi i monumentów wybitnych ludzi, w tym na przykład popiersie Sira Winstona Churchilla. Nieopodal odnaleźć można także tak zwane The Lascaris War Rooms. Ten kompleks podziemnych tuneli i komnat stanowił kwaterę główną podczas obrony Malty w czasie drugiej wojny światowej. Potem był używany przez NATO, aktualnie został udostępniony szerszej publiczności jako muzeum. Idąc dalej docieram Auberge de Castillle, czyli Zajazdu Kastylijskiego. To dawne miejsce zamieszkania rycerzy zakonnych kawalerów maltańskich. To w tym budynku miesiąc temu spotkali się europejscy przywódcy podczas nieformalnego szczytu Unii Europejskiej w sprawie imigrantów i uchodźców, o czym przypomina znajdująca się tam tablica pamiątkowa. Ostatni punkt wycieczki po stolicy to brama miejska, która od 1569 roku służy za główne wejście do Valetty. Teraz już tylko szybka wyprawa na plażę nad zatoką Pretty Bay. To jeden z najbardziej wysuniętych na południe zakątków Malty, nieopodal lotniska. Pomyślałem, że jeśli coś nazywa się Pretty to musi być piękne. I rzeczywiście. Piękne wybrzeże, jasno błękitna woda, słońce, palmy, sporo restauracji. Wspaniałe wrażenie zakłóca trochę port w oddali, ale i tak jest bardzo urokliwie. Odpocznę tutaj chwilę i potem spacerkiem ruszam w drogę na lotnisko. Czas powiedzieć Malcie do widzenia. To była naprawdę wspaniała przygoda. Kolejny kierunek jest już znany. To będzie wrzesień i również słoneczne Porto.

      Na sam koniec warto jeszcze na chwilę wrócić do osoby Pana Tadeusza. Nasze drogi na Malcie krzyżowały się kilka razy. Miałem też okazję spotkać go na lotnisku już przed samym wylotem. Rozmawialiśmy wówczas dośc długo, wymienialiśmy wrażenia, Pan Tadeusz opowiadał o swoich odczuciach i doświadczeniach z innych biegów. Skromna, bardzo sympatyczna osoba. Nie byłem jednak do końca świadomy z kim mam tak naprawdę przyjemność. Dopiero po powrocie do Polski dowiedziałem się, że Pan Tadeusz Dziekoński, bo tak ma na nazwisko to żywa legenda polskiego maratonu. Ma na koncie 323 ukończone maratony. Stara się pobiec ten królewski dystans we wszystkich (tam gdzie jest to możliwe) stolicach Europy. Do pełnej listy zostało mu jedynie sześć. Jest Mistrzem Świata Weteranów w biegu na 100km z Gibraltaru w 2010 roku. Także na Malcie był najlepszy w swojej kategorii mężczyzn powyżej 65 roku życia. Aktualnie pełni funkcję wiceprezesa Polskiego Związku Weteranów Lekkiej Atletyki. Jest także w zasadzie jednym w Polsce atestatorem tras. Mierzy nie tylko polskie, ale i zagraniczne trasy np. Maraton w Dubaju czy Seulu. Poznać Pana Tadeusza to była prawdziwa przyjemność i duży zaszczyt.

2017.03.05 Malta (MAL) 21,098 km – 32 VODAFONE MALTA HALFMARATHON – 1:42:42

U Pana Bogdana – Finał

      Przyszedł moment na ostateczne rozstrzygnięcia naszego zimowego biegania w zawodach Pana Bogdana. Choć generalnie w tegorocznej edycji szło mi dużo gorzej, niż poprzedniej byłem bardzo ciekaw swojego startu i wyniku w ostatnim etapie. Przez ostatnie trzy tygodnie trochę podkręciłem tempo i wziąłem się zdecydowanie mocniej za treningi chcąc się dobrze przygotować do marcowego półmaratonu. Zacząłem biegać w szybszym tempie, wplatając w to także elementy interwałowe. Miałem głęboką nadzieję, że choć do marcowego startu zostało jeszcze trzy tygodnie to jednak pewne efekty będzie widać już teraz. Planem było pobiec około dwóch minut szybciej niż ostatnio.

16683999_1139724026140618_3618401751506570310_n

      Pogoda w tej edycji nie była sprzymierzeńcem dobrych rezultatów. Poza pierwszym etapem wszystkie pozostałe odbywały się w zimowej mroźnej atmosferze i na mocno ośnieżonej trasie. Dziś było dokładnie tak samo. W tych trudnych warunkach zacząłem dość ostrożnie. Po kilku kilometrach postanowiłem przyspieszyć, udało się wyprzedzić kilka osób. Na podbiegach jak zwykle bywało ciężko, ale generalnie czułem się naprawdę dobrze. Nie tylko nie czułem żadnych kryzysów, ale wręcz odwrotnie, miałem wrażenie, że drzemią we mnie jeszcze pokłady energii. Biegłem dość szybko. Starałem sie nie tylko utrzymywać to tempo, ale momentami nawet przyspieszać by na mecie zameldować się z naprawdę dobrym czasem. Być może to mnie tym razem trochę zgubiło. Zbyt mocno skupiłem się na rezultacie, za mało na tym co dzieje się wokół mnie. W mocno zaśnieżonym lesie pomyliłem trasę. W punkcie gdzie oznaczony był ostatni kilometr zamiast skrecić w lewo zagapiłem się i po prostu pobiegłem prosto. Jakież było moje zdziwienie, gdy kilkaset metrów dalej wybiegłem w grupę osób, które wcześniej zostawiłem daleko z tyłu. Nie było sensu się już wracać. Poniesione straty były na tyle duże, że postanowiłem kontynuować bieg. Wyprzedziłem jeszcze kilkanaście osób, ale motywacja już zdecydowanie spadła i pojawiło się rozluźnienie. Samą końcówkę pobiegłem już spokojniej. Tylko ostatnie kilkaset metrów mocno przyspieszyłem i w końcu po wszystkich tych perypetiach i po przebiegnięciu blisko 12 km osiągnąłem metę.

16684200_1139729736140047_1220821579980039380_n

      No cóż. Bywa i tak. Pozostaje mi się po prostu uśmiechnąć. Na szczęście nie walczyłem o żadne wyższe cele, bo byłoby troszkę szkoda. A tak? Pobiegłem po prostu prawie dwa kilometry dodatkowego treningu. Za gapiostwo się płaci, w tym wypadku za karę musiałem jeszcze raz pokonać ten długi, najbardziej wymagający podbieg, który naprawde potrafi dać się we znaki. Szukając pozytywów mogę powiedzieć, że mimo wszystko ten bieg daje mi wiele optymizmu i z nadzieją mogę patrzeć w najbliższe tygodnie przed półmaratonem. Do szczytu formy jeszcze daleko, ale widać ogromny progres. Porównując poszczególne czasy i tempo wydaje się, że ostatnie cięższe treningi procentują i że gdyby nie przygody na trasie udałoby się osiągnać założony na starcie cel z nawiązką.

2017.02.12 Siedlce (POL) 10km – BIEGI GÓRSKIE BOGDANA BALI ETAP V FINAŁ – 1:03:50

16640657_1139746776138343_961377215734759420_n16684315_1139755459470808_8905140203464100613_nZdjęcia: Dariusz Sikorski

U Pana Bogdana – Etap IV

      Minęły dwa tygodnie i przyszła pora na kolejny, czwarty już etap naszego siedleckiego biegania w zawodach Pana Bogdana. Tym razem warunki dużo lepsze. Mrozy odpuściły, tempretaura delikatnie powyżej zera, pogodnie, choć rano była jeszcze mała mżawka. Podobnie jak ostatnio specjalnych oczekiwań co do wyniku nie miałem. Mimo to wydawało mi się że powinienem pobiec dużo szybciej, niż dwa tygodnie temu. Co prawda nie czułem się dzisiaj rano najlepiej. Z drugiej strony warunki do biegania były dziś dużo lepsze.  Niska temperatura nie przeszkadzała już tak mocno, a i śniegu dużo mniej. Choć ciągle zalegał na trasie to jednak był on w dużej mierze odgarnięty, co sprawiało, że było łatwiej. Może właśnie dlatego podświadomie zacząłem mocniej, niż ostatnio. Szybko jednak moje tempo spadło. Już od czwartego kilometra mocno się męczyłem, a każdy podbieg był nie lada wyzwaniem. Pierwsza połowa przebiegnięta jeszcze w kilkuosobowej grupie. Druga pętla niemalże cała w samotności. To sprawiało, że musiałem bardzo uważać, by nie zgubić trasy. Było kilka momentów zawahania któredy pobiec, na szczęście udało się uniknąć większych przygód. Do tego spadła motywacja. Gdy biegniesz w towarzystwie łatwiej się zmobilizować do walki i bardziej wzmożonego wysiłku. W samotności momentami zaczyna tego brakować. Jeszcze tylko krótki finisz i meta. Czas 52:12. Pół minuty szybciej, niż dwa tygodni temu, ale myślałem, że będzie troszkę lepiej. Czasem zdarza się gorsze samopoczucie i dyspozycja, i to chyba spotkało mnie dzisiaj. Z drugiej strony nie ma się też co usprawiedliwiać. Prawda jest taka, że ostatnio troszkę sobie pofolgowałem z treningami szybkościowymi i wydolnościowymi, a jeśli zależy mi na dobrym wyniku na Malcie, a chyba mi zależy, to trzeba wziąć się jednak trochę bardziej do pracy. Zostało półtorej miesiąca, więc to ostatni dzwonek.

2017.01.21 Siedlce (POL) 10km – BIEGI GÓRSKIE BOGDANA BALI ETAP IV – 52:12

dsc04382a16142560_1401860843178386_6137532339697641177_n.jpg

Zdjęcia: Paweł Pietruczanis