Tropem Wilczym Cz. I

      Tuż po wojnie pewnego sierpniowego poranka do pawilonu śmierci gdańskiego więzienia wprowadzono młodziutką dziewczynę. Skrępowaną przywiązano do drewnianego słupka, na zasłonięcie oczu nie pozwoliła. Padła komenda: „Po zdrajcach narodu polskiego, ognia!”. Z młodych dziewczęcych ust wyrwał się krzyk: „Niech żyje Polska”. Z 10 luf karabinów rozległ się huk wystrzału, ale żaden z pocisków nie dosięgnął celu mimo, iż strzały padły z zaledwie kilku kroków. Nawet żołnierze KBW nie mieli sumienia wykonać tego rozkazu. Funkcjonariusz UB nie miał już takich skrupułów – strzał w tył głowy. Zaaresztowana na skutek zdrady pod zarzutem mordowania jeńców, którym jako sanitariuszka w rzeczywistości przecież ratowała życie, poddana brutalnemu śledztwu, nie zdradza. Gdy pojawia się szansa uratowania swego młodego życia poprzez podpisanie podsuniętej jej przez komunistycznego obrońcę z urzędu prośby o łaskę Bieruta, w której były zniewagi kierowane pod adresem jej kolegów z oddziału, odmawia. Kilka dni przed egzekucją wysłała ostatni gryps: „Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba”. Rodzice już dawno nie żyli. Mamę zabiło gestapo, ojca wywieziono na Sybir.

11425_827487783999980_8059496145096998395_n

      Historia młodziutkiej sanitariuszki i łączniczki AK – Danki Siedzikówny, choć tak bardzo tragiczna nie jest odosobniona. Jest jedną z tysięcy historii losów Żołnierzy Wyklętych, którzy nie chcieli Polski czerwonej, a biało-czerwonej i mimo zakończenia wojny przez kolejne 20 lat nie złożyli broni i walczyli o wolną ojczyznę. W zamian za ofiarną walkę i służbę ojczyźnie wielu z nich poległo z bronią w ręku, innych zamęczono w więzieniach ciągłymi przesłuchaniami i torturami, a jeszcze inni po okrutnych śledztwach przechodzili pokazowe procesy, które były kpiną z wymiaru sprawiedliwości, a których wyrok był oczywisty – natychmiastowa kara śmierci. Jedynie nielicznym udało się przetrwać stalinowski reżim, aby żyć dalej przez długie dekady Polski Ludowej z piętnem „reakcyjnego bandyty”. O „Ince”, „Uskoku”, „Olechu”, „Łupaszce”, czy „Lalku” mało kto pamięta i ich tragiczne losy nie są dziś powszechnie znane, jak powiedział Zbigniew Herbert: „Ponieważ żyli prawem wilka, historia głucho o nich milczy”.

      By podnieść świadomość i wiedzę na temat Żołnierzy Wyklętych zwanych także Niezłomnymi od kilku lat w Warszawie organizowany jest Bieg Tropem Wilczym. Tym razem bieg odbędzie się z jeszcze większym rozmachem i wyjdzie poza Warszawę. 1 marca czyli w najbliższą niedzielę, dokładnie w Narodowy Dzień Żołnierzy Wyklętych, w 81 miastach w Polsce, ale także w Grodnie i Wilnie pobiegnie około 20 000 zawodników. Nie może zabraknąć tam także i mnie.

Rowerowe eskapady: Sosna-Kozółki

      Choć dziś żyjemy już w wolnym, niepodległym kraju Polska wzdłuż i w szerz nadal usłana jest wieloma reliktami naszej tragicznej, bolesnej przeszłości. Część z nich, jak na przykład pomniki i cmentarze Armii Czerwonej, do dziś budzi wiele kontrowersji i jest elementem wielu sporów natury historyczno-politycznej. Niektórzy domagają się ich likwidacji, gdyż są one nie tylko dowodem wdzięczności za wyzwolenie spod niemieckiej okupacji, ale także symbolem zakłamywania historii i próbą wymazania z pamięci dokonywanych przez żołnierzy radzieckich zbrodni i terroru. Szacuje się, że aktualnie mimo, iż od upadku komunizmu w Polsce minęło 25 lat w naszym kraju jest nadal ponad 300 pomników, obelisków, tablic które sławią Armię Czerwoną. Cmentarze, kwatery i mogiły, na których spoczywa około 700 tysięcy żołnierzy sowieckich zajmują powierzchnię 180ha. Dla porównania groby i cmentarze Wojska Polskiego zajmują powierzchnię około 22ha, a ofiar terroru 30ha.

Bez tytułu

       Korzystając z łagodnej zimy i pogody, która sprzyja rowerowym szaleństwom w tym roku sezon rozpocząłem już w pierwszych dniach stycznia. Póki co, są to raczej krótsze wycieczki kilkugodzinne. Na te dłuższe wyprawy przyjdzie jeszcze pora wiosną i latem. Ponieważ jak wielokrotnie podkreślałem bardzo lubię łączyć wyprawy rowerowe z odwiedzaniem ciekawych historycznie miejsc, jako cel swojej kolejnej podróży wybrałem położone nieopodal Siedlec miejscowości Sosna-Kozółki oraz Podnieśno, a konkretnie zlokalizowane tam cmentarze wojenno-jenieckie Armii Czerwonej. Cmentarze w Sośnie-Kozółkach i Podnieśnie to pamiątka po mało znanym, ale tragicznym epizodzie II wojny światowej na Podlasiu. W czasie II wojny światowej w okolicach Siedlec funkcjonował zbudowany w październiku 1941 Stalag 366 składający się z trzech podobozów w Siedlcach, Woli Suchożebrskiej i Podnieśnie. Więziono w nim kilkadziesiąt tysięcy jeńców, głównie żołnierzy radzieckich, ale także polskich i włoskich. Podobóz w Podnieśniu, zwany obozem „A”, miał obszar około 50ha i ogrodzony był drutem kolczastym. Pierwsze transporty jeńców przybyły zaraz po napaści hitlerowskich Niemiec na Związek Radziecki. Drugi obóz zwany obozem „B” zlokalizowany był w okolicach Woli Suchożebrskiej i miał około 100ha. W obozie przebywało kilkadziesiąt tysięcy więźniów. Warunki życia jeńców, którzy nocowali pod gołym niebem lub w wybudowanych przez siebie prymitywnych ziemiankach były tragiczne. Głód, zimno i epidemie powodowały dużą śmiertelność. Jeńcy organizowali bunty i ucieczki, które kończyły się krwawymi masakrami. W trakcie kilku ucieczek w drugiej połowie 1941 r. tysiącom jeńców udało się uciec do okolicznych lasów. Ludność polska udzielała im pomocy polegającej na ukrywaniu jeńców, dostarczaniu żywności i ubrań, leczeniu chorych, kierowaniu na wschód, a nawet uzbrajaniu i tworzeniu oddziałów partyzanckich. Dziś o tamtych wydarzeniach przypominają dwa cmentarze. Jeden w lesie nieopodal miejscowości Sosna-Kożółki, gdzie grzebani byli zamordowani jeńcy z Woli Suchożebrskiej i drugi położony w lesie nieopodal miejscowości Podnieśno. Oba wpisane są na listę zabytków.

      Swoją wyprawę rozpocząłem od cmentarza w miejscowości Sosna-Kozółki. Chciałoby się powiedzieć do trzech razy sztuka, bo dopiero za trzecim razem udało mi się odnaleźć cel swojej wycieczki. Pierwszy raz o tym miejscu usłyszałem dwa lata temu i planowałem je zobaczyć po drodze w czasie innej wyprawy rowerowej do Pałacyku w Patrykozach, Ponieważ nie to było wówczas głównym celem mojej wyprawy, a nie mając mapy nie chciałem tracić czasu na poszukiwania postanowiłem to odłożyć na inną okazję. Również za drugim razem nie miałem szczęścia. Położony w gęstym lesie z dala od zabudowań mały cmentarzyk trudno dostrzec, co sprawia, że trzeba się mocno natrudzić, by go wypatrzyć i odnaleźć. Jeszcze trudniej dotrzeć do cmentarza w Podnieśnie, o którym dowiedziałem się w zasadzie dopiero wczoraj. Żeby mieć okazję go zobaczyć trzeba przedzierać się wąskimi grząskimi leśnymi dróżkami, gdzie pełno różnego rodzaju chaszczy, kamieni i błota. Z jednej strony obniża to komfort wycieczki, z drugiej strony satysfakcja, że w końcu udało się zrealizować cel wyprawy jest dużo większa.

2015.02.22 Trasa: SIEDLCE – SOSNA-KOZÓŁKI – PODNIEŚNO – SIEDLCE (trasa: 62 km)

Więcej zdjęć (Sosna-Kozółki):

Więcej zdjęć (Podnieśno):

Mała improwizacja

      Tym razem miał to być weekend bez biegania. Znaczną część swojego biegowego ekwipunku łącznie z butami zostawiłem więc w Warszawie planując, iż zarówno w sobotę jak i w niedzielę będzie dominował rower. Szybko jednak zweryfikowałem swoje plany. Weekend się jeszcze na dobre nie zaczął gdy będąc w pociągu w drodze z Warszawy do Siedlec dostałem od swojej koleżanki Basi informację o tym, że w sobotni poranek będzie organizowany mały kameralny bieg przełajowy Leśna Dycha. Już wcześniej słyszałem o biegach organizowanych przez Pana Bogdana Balę w podsiedleckim Lasku Sekulskim, zawsze jednak dowiadywałem się post factum. Tym razem w końcu miałem szansę wystartować. Postanowiłem pobiec tym bardziej, że to piąty i niestety już ostatni bieg w tej edycji.

      Na starcie około dziesięciokilometrowej trasy tym razem stanęło około 20 pasjonatów, którzy zamiast wygrzewać się w zimowy sobotni poranek w łóżku przed telewizorem postanowili spędzić ten czas aktywnie w swoim własnym gronie by ganiać po lesie. Nie miałem specjalnych oczekiwań co do wyniku. Bieg ten był dla mnie małą improwizacją. Zupełnie nie wiedziałem czego się spodziewać i na co mnie dzisiaj stać. Nie znałem krętej leśnej trasy. Dużo pagórków, zbiegów, na których też tylko pozornie biegnie się łatwo. Mimo słonecznej pogody gdzieniegdzie zalegały jeszcze płaty lodu i śniegu, które z biegiem czasu zaczynały zamieniać się w mokre błoto. I ja – w butach które do biegania w ogóle się nie nadają, w dodatku z obolałą kostką. Początek był jednak nawet obiecujący, mimo naprawdę trudnej leśnej trasy biegło mi się stosunkowo dobrze. Największa trudność sprawiało utrzymanie się na nogach na śliskiej oblodzonej trasie i nie pomylenie drogi co zresztą się nie udało. Tuż przed końcem pierwszego okrążenia w gęstym lesie gdzie każde drzewo wygląda tak samo pomyliłem trasę i musiałem się wracać. Kilka razy było też blisko upadku, a „co się odwlecze to się nie uciecze” i w końcu gdzieś w połowie dystansu wykonałem imponujące salto lądując na szczęście na części ciała najmniej narażonej na urazy. Po tych przygodach postanowiłem kontynuować bieg w towarzystwie Basi, na którą akurat natknąłem się na jednym z zakrętów. Drugą część trasy przebiegliśmy już razem i metę udało się osiągnąć już bez większych przygód. Reasumując: bieg w nieodpowiednim obuwiu, ciężka leśna trasa z wieloma trudnymi podbiegami, do bolącej kostki dołączył obolały nadgarstek… czyli fajnie było, podobało mi się. Chętnie pobiegnę w kolejnej edycji, a kolejna edycja z jeszcze większa pompą i rozmachem już na jesieni. Dziękuję wszystkim za miły poranek.

Więcej zdjęć:

Ostatni maraton

     Opisane przeze mnie w poprzednim poście uczestnictwo w Spartathlonie, czyli w 246-kilometrowym biegu w 2007 roku, na którego start dotarł z Polski pieszo, po czym wywalczył drugie miejsce to nie jedyny wyczyn Pana Piotra Kuryło. Jest on wybitnym polskim maratończykiem i ultra maratończykiem i ma on na swoim koncie wiele niesamowitych osiągnięć. Chciałbym opowiedzieć o jednym z nich, za który w 2011 roku został laureatem „Kolosa”, czyli najbardziej prestiżowej nagrody podróżniczo-eksploracyjnej w kategorii „Wyczyn roku”, a który miał być jego ostatnim biegiem. „Bieg dla pokoju”, bo o nim mowa, to obiegnięcie kuli ziemskiej przez Europę, Stany Zjednoczone, Rosję – łącznie około 20 000 km. Jego celem było zwrócenie uwagi na panujące na całym świecie konflikty.

Źródło: prywatne zbiory Piotra Kuryło

     Jak opowiada w wywiadzie, którego w 2012 roku udzielił Pani Julii Lachowicz z National Geographic, któregoś dnia po prostu wziął do ręki globus i narysował trasę. Przygotowania trwały w sumie około pół roku. Zabrał ze sobą obcinacz do paznokci, nożyczki, kleje błyskawiczne, dwie szpulki mocnej nici, kilka igieł, scyzoryk, dwa zegarki, dwie latarki, notatnik, dwa długopisy i czarny wodoodporny mazak, dwie pary butów, trochę ciuchów, leków i jedzenie: dziesięć litrów wody, trzy litry mleka, kilka chlebów, suchary, dżem, miód, konserwy, czekoladę gorzką i Snickersa. Wszystko to zapakował na specjalnie przygotowany do tego celu kajak z opuszczanymi kołami, który podczas biegu służył jako wózek. Wówczas jeszcze planował, że oprócz biegu będzie spływał rzekami, brał też pod uwagę, że będzie musiał przepłynąć nim ocean.

Źródło: prywatne zbiory Piotra Kuryło

     Swoją wyprawę rozpoczął dokładnie 7 sierpnia 2010 roku w Augustowie. Biegł od świtu do nocy od samego początku napotykając wiele przeciwności losu. Ciągle padające deszcze, policja, która ze względów bezpieczeństwa wielokrotnie zmuszała Pana Piotra do zmiany trasy na mniej komfortową, a nawet do zawracania, a także spotykane na swojej drodze dzikie zwierzęta. W Hiszpanii na rzece Tag stracił niemalże cały ekwipunek. Wpadł w wiry wodne, dwa razy udało mu się wyciągnąć kajak, ale poziom wody podnosił się, gdyż otwarto zaporę wodną. Nie miał najmniejszych szans. Jak sam otwarcie przyznaje będąc wówczas pod wodą myślał o śmierci. Słyszał głos, który mówił mu by nabrać wody w płuca i spokojnie pójść na dno. Z drugiej strony inny głos przypomniał mu o jego dwóch córkach i żonie. Dla nich powinien żyć, dla nich powinien walczyć. Jak wspomina nagle poczuł się silny. Wówczas dotarło do niego, że jest jakaś siła, która czuwa i chce, aby ukończył swój ostatni bieg. Wydostał się na brzeg, uratował kilka najpotrzebniejszych rzeczy, kajak z resztą ekwipunku został stracony bezpowrotnie. Przez najbliższe dni spał w lesie pod gołym niebem. W końcu udało mu się dotrzeć do Lizbony, gdzie tamtejszy konsul pomógł mu w kontynuacji podróży. Wyleciał do Nowego Jorku, gdzie miał zgłosić się do organizacji polonijnej. Bez znajomości języka nie potrafił jednak nawet trafić pod wskazany adres. Przez najbliższe 3 dni koczował w Central Parku, na jego koncie zostało tylko 19 dolarów. W końcu udało się, a dzięki wsparciu Polonii zebrano środki na nowy wózek i dalszą podróż. Znowu chwycił wiatr w żagle, znowu mógł realizować swoje marzenie, swój cel. W Stanach Zjednoczonych biegł przez 13 stanów, m.in. New Jersey, Pensylwanię, Zachodnią Wirginię, Ohio, Indianę, Illinois, Oklahomę, Nowy Meksyk, Arizonę do Kalifornii. Przebiegając przez Golden Gate Bridge w San Francisco, zakończył amerykański etap podróży. Ze Stanów Zjednoczonych przeleciał do Pekinu, a następnie do Władywostoku, skąd wyruszył w dalszy bieg. Przez Rosję przebiegł w 120 dni, po drodze odwiedzając Kazachstan. W lipcu 2011 rozpoczął ostatni etap z Moskwy do Augustowa, skąd zaczynał swój bieg. Miał tam dotrzeć 6 sierpnia 2011 – dokładnie w rok od momentu startu. Bieg jednak trochę za szybko i był w Polsce dwa dni przed planowanym oficjalnym powitaniem. Dwa ostatnie dni spędził więc w okolicznych lasach, wpadając „na pół godzinki” do domu, by ucałować żonę, córki i zostawić trochę sprzętu. Na metę wbiegł w dniu, w którym było to ustalone. Jak skromnie opowiada nie chciał nikomu psuć przygotowań. Na mecie przywitał go utwór „We are the champions” zespołu Queen. Jak sam mówi utwór ten na biegu słyszał wcześniej tylko raz. Było to podczas jego pierwszego maratonu. Teraz usłyszał go ponownie kończąc swój ostatni bieg. Pozwoliło mu to uwierzyć, że przypadki w życiu nie istnieją.

Źródło: prywatne zbiory Piotra Kuryło

      Swoją podróż Piotr Kuryło opisał w książce „Ostatni Maraton” wydanej w 2012, a także w wielu udzielonych po tej wyprawie wywiadach. We wspomnianym już rozmowie z Panią Julią Lachowicz z National Geographic opowiada o ludzkiej życzliwości napotkanej po drodze, o tym jak radził sobie z zimnem, bólem, samotnością oraz o swoich refleksjach i życiu po biegu. Wspomina o tym, jak sypiał w temperaturze -10 stopni Celsjusza i nauczył się, by jedną butelkę wody zawsze zabierać do śpiwora, by nie zamarzła, o zachodach słońca, kiedy to tęsknił najbardziej i jak najszybciej chciał wrócić do domu. W tych momentach nie zatrzymywał się i biegł, aż padał ze zmęczenia. Opowiada o tym, jak wiele razy załamywał się i o tym, jak pomagała mu codzienna modlitwa. Przytacza tu przykład, gdy biegł na Syberii i zobaczył znak, że do następnego miasta jest 2,1 tys. km. W tym momencie miał dość i kombinował jakby tu złamać nogę albo się poślizgnąć, by nie musieć już dalej biec. Kontuzje i urazy go jednak omijały. Z bolącymi stawami i ścięgnami radził sobie robiąc okłady z lodu albo pokrzywy. Opowiada o tym, jak bardzo tęsknił za córkami i żoną i chciał w końcu wrócić do normalnego domowego życia. Z drugiej strony jednak im był bliżej domu, tym pojawiało się w nim coraz więcej niepokoju o to, jak będzie wyglądać jego życie bez biegania. W końcu miał to być jego ostatni bieg w życiu. Z perspektywy czasu ocenia, że gdyby wiedział, że tak będzie wyglądało jego życie, to nie zdecydowałby się na ten wyczyn. Zrobił coś niewyobrażalnego, udowodnił sobie, że stać go na rzeczy niemożliwe, zyskał sławę, z drugiej strony ucierpiało jego życie osobiste. Jego nastoletnie córki bardzo zmieniły się w przeciągu tego roku, oddaliły się od niego i czuje, że coś stracił. Również z żoną musiał powoli odbudowywać więź i też nie było łatwo. Ani żona ani córki nie chcą w ogóle słuchać o jego wyczynie. Są dni, gdy tęskni za bieganiem, ale nie zamierza do tego wrócić. W końcu obiecał to żonie.

 

Epilog: To pewnie jedyne zobowiązanie Pana Piotra, w którym nie wytrwał do końca. Po kilku latach żona widząc jak bardzo brakuje mu biegania i że robi wszystko by wrócić do tego, co kocha zwolniła go z danego jej słowa. W 2014 roku Pan Piotr wystartował po raz kolejny w Spartathlonie. Podobnie jak w 2007 roku na start pobiegł z Polski. Tym razem biegnąc z kontuzją zdobył 7 miejsce. Pobiegł w intencji osób, które nagle dowiadują się o ciężkiej chorobie. Na specjalnie przygotowanej koszulce była twarz jego żony Izabeli, u której zdiagnozowano raka. – O żonie będę myślał najmocniej, ale pobiegnę dla wszystkich ludzi, na których choroba spada jak grom z jasnego nieba i przynosi kompletne załamanie. A takie osoby po prostu MUSZĄ walczyć! – mówił przed startem Pan Piotr.