Wiosna startuje w Warszawie

      „Wiosna startuje w Warszawie” – pod tym hasłem w tym roku zorganizowany został kolejny, jedenasty już Półmaraton Warszawski. Z takim też nastawieniem do tego biegu podszedłem, czyli zupełnie na luzie. To mój siódmy oficjalny półmaraton w życiu, przygotowywałem się do niego zdecydowanie najmniej ze wszystkich. Choć biegam naprawdę sporo to jednak w ostatnich miesiącach dystans ten pokonałem na treningach jedynie dwa, może trzy razy.  Priorytetem w tym sezonie jest Ekiden, dlatego też wiosną skupiłem się przede wszystkim na dystansie 5km, a czekające mnie dwa kwietniowe półmaratony (Warszawa, Ateny) postanowiłem potraktować ulgowo. Wynik z zeszłego roku, kiedy to udało mi się pobić tu życiówkę (1:48:09) tym razem wydawał się być chyba poza zasięgiem, choć tak naprawdę zupełnie nie wiedziałem na co mnie stać. Nie było okazji, aby się sprawdzić. Nie wiedziałem też czy szybkie tempo wytrzyma noga, gdyż od kilku dni czułem mały ból w prawym piszczelu.

DSC02901

      Do wiosennego charakteru tego biegu dostosowała się również aura. Piękny, słoneczny dzień od samego rana zapowiadał świetną zabawę. Niewątpliwie miłą niespodzianką było  też spotkanie naszych wspaniałych sportowców – mistrzów olimpijskich Roberta Korzeniowskiego i Adama Korola. Na starcie długo zastanawiałem się, którą strefę wybrać. Głowa mówiła, że może lepiej 1:50, serce się jednak buntowało sugerując 1:45. Ostatecznie postanowiłem zaryzykować i zmierzyć się z życiówką 1:44:45. Chyba to ten brak zdecydowania odnośnie strategii i planów na ten bieg sprawił, że zaraz po wystrzale pacemaker na 1:45, za którym startowałem szybko mi uciekł na kilkadziesiąt metrów i w zasadzie od samego startu musiałem go gonić. Po sześciu minutach byłem już na szczęście znowu za jego plecami.

DSC02924a

      Paradoksalnie pierwsze trzy kilometry należały do jednych z najtrudniejszych. Słaba rozgrzewka sprawiła, że przez cały ten dystans mocno bolały mnie piszczele. Z czasem ból ustępował i biegło się coraz bardziej komfortowo, aż w końcu po około jednej czwartej dystansu całkiem o nim zapomniałem. Mijały kolejne kilometry. Czując, że biegnie się coraz lepiej postanowiłem przesunąć się do przodu i biec za innym pacemakerem na 1:45, który wystartował kilkadziesiąt sekund wcześniej. Biegnąc za nim wiedziałem już, że jeśli utrzymam jego tempo do samego końca to mam wystarczający zapas (pewnie około minuty), by pobić swój własny osobisty rekord. Biegło mi się jednak zaskakująco dobrze. Chyba udzieliło mi się też wiosenne szaleństwo, gdyż po pewnym czasie postanowiłem jeszcze przyspieszyć i dalej biec już swoim tempem nie oglądając się na „zająca”. Szybko zostawiłem go z tyłu, mijając kolejnych zawodników i przesuwając się coraz mocniej do przodu. 10 kilometrów około 48 minut, 12km znacznie poniżej godziny… Przeraziłem się trochę. I słusznie, a na efekty nie trzeba było długo czekać. Nie minęło kilkanaście minut i nie było już tak łatwo i przyjemnie. Po pewnym czasie obejrzałem się za siebie i za placami znowu miałem pacemakera na 1:45. Straciłem całą wypracowaną przewagę.  Od tej pory postanowiłem już tak nie szarżować. Przez kolejne kilometry biegłem już za pacemakerem. Nie sprawiało mi to większej trudności, sił dodawała rozentuzjazmowana gorąco dopingująca publiczność i świadomość, że biegnę na rekord. Dopiero na ostatnim kilkusetmetrowym stromym podbiegu około 20 kilometra musiałem się mocno sprężyć, by dotrzymać mu kroku. Gdy pokonałem podbieg, a do mety zostało niewiele ponad kilometr zacząłem finisz. Gdy wbiegałem na metę wiedziałem już, że będzie rekord, nie wiedziałem tylko ile. W końcu wszystko stało się jasne. Wiosna przyniosła mi nową życiówkę 1:43:38. Chyba najbardziej niespodziewany wynik w moim życiu. Kocham wiosnę.

2016.04.03 Warszawa (POL) Półmaraton:  XI PÓŁMARATON WARSZAWSKI – 1:43:38

DSC02949DSC02936

Więcej zdjęć: