Archiwa kategorii: Rowerowe eskapady

Galopem, czyli kombinacja podlaska

      Już niemalże tradycją stało się, że w ostatnią niedzielę czerwca wsiadam do pociągu, zabieram ze sobą rower i udaję się na Podlasie, gdzie oddaję się aktywności sportowej wśród pięknych nadburzańskich krajobrazów. To już trzeci raz, gdy start w Biegu Podlaska Dycha w Platerowie łączę z krajoznawczą wycieczką rowerową. W dwóch poprzednich wyprawach zanim pobiegłem w biegu miałem okazję zwiedzić Siemiatycze, Sarnaki, perłę Podlasia – Drohiczyn oraz zobaczyć najważniejsze miejsce kultu religijnego dla wyznawców prawosławia w Polsce – Górę Grabarkę. Tym razem za cel swojej podróży obrałem słynny na całym świecie ze wspanialej stadniny Janów Podlaski. Odbywająca się w Janowie słynna aukcja Pride of Poland co roku przyciąga hodowców i wystawców z kraju i z zagranicy. W Janowie kilkukrotnie gościł między innymi słynący z zamiłowania do hippiki legendarny perkusista Rolling Stones – Charlie Watts. Wśród miejsc, które warto zobaczyć w tej miejscowości należy wymienić także pałac barokowy biskupów łuckich z 1770 r., ślady obwarowań bastionowych, czy też grotę związaną z postacią biskupa, poety i historyka Adama Naruszewicza. We wzniesionej w 1796 r. grocie biskup lubił u schyłku życia spędzać czas na medytacjach. Tradycja podlaska głosi, że to właśnie tutaj pisał tezy Konstytucji 3 Maja.

DSC04213DSC04271

      Od kilku dni nerwowo śledziłem prognozy pogody, które niestety nie napawały optymizmem. Zapowiadany deszcz mógł pokrzyżować mi plany. Im jednak bliżej biegu tym pojawiały się coraz bardziej pozytywne wieści. Druga rzecz to dystans. Czeka mnie blisko stukilometrowa wycieczka. Mam już na koncie takie wyprawy jednak zawsze jest ryzyko, że coś pójdzie nie tak. Zdążę wrócić przed biegiem? Nie zabraknie sił? Mocno eksploatowany ostatnio rower wytrzyma?  W głowie ciągle wiele pytań, na które w tej chwili nie jestem w stanie odpowiedzieć. Nie chcę się jednak wycofać. Nawet o tym nie myślę. Do Platerowa docieram punktualnie o 7, bieg jest o 13.  Nie tracąc wiec czasu, bez zbędnej zwłoki ruszam w drogę. Aura na razie sprzyja. Słońce jeszcze nie wzeszło, deszczu też nie widać. Po dwóch godzinach docieram do Janowa. Według planu jestem troszkę przed czasem. Zwiedzam miasteczko. Potem kieruję się do głównego punktu swojej wyprawy czyli do słynnej Stadniny. Nie mogąc oprzeć się widokom, które tu spotykam zatrzymuję się dłużej. Stąd już naprawdę niedaleko na skraj naszej ojczyzny i granicy na Bugu z Białorusią. Chciałem zobaczyć to miejsce i nie mogłem sobie darować by tam nie pojechać. Wracając jeszcze raz odwiedzam stadninę. Strasznie tam pięknie. Jestem pod wrażeniem samego miejsca i hodowanych tam koni. Niektórzy mówią, że konie to ósmy cud świata. Hmmm, coś w tym jest… Żal wyjeżdżać i chciałoby się tam zostać dłużej. Zrobiło się już jednak naprawdę późno. Ruszam więc w drogę powrotną.

DSC04258

     Powrót miał być w spokojnym tempie. Czasu do biegu zostało jednak już naprawdę niewiele. Trzeba więc mocniej nacisnąć na pedały. Słońce niestety już bardzo wysoko. Chmury, które jeszcze rano wisiały nad podlaskim niebem zupełnie zniknęły. Nie ułatwia to jazdy. W końcu jednak docieram z powrotem do Platerowa. Teraz już mogę myśleć tylko i wyłącznie o Biegu. Mam niespełna godzinę na regenerację. Mało. Liczyłem na więcej. Zbyt wiele czasu spędziłem w Janowie, ale cóż. Robi się coraz bardziej gorąco, słońce grzeje już niemiłosiernie, a za chwilę start. Plan na ten bieg to dobra zabawa i spokojny rekreacyjny bieg. Zaczynam powoli, tak mi się przynajmniej wydawało. Tempo jednak nie było wcale takie wolne. Pierwszy kilometr 5:10, na kolejnych kilometrach chyba podobnie. Po czwartym kilometrze pojawia się kryzys. Duży wysiłek na rowerze połączony z upalną pogodą daje o sobie znać. Zwalniam na chwilę czując że może się to skończyć zejściem z trasy i nieukończeniem. Na szczęście nie trwa to długo i odzyskuję dobre samopoczucie. Cały czas jednak mam wrażenie, że biegnę ostrożnie i zachowawczo. Zresztą tak właśnie miało być. Mijają kilometry, nie kontroluję dystansu. Gdy za zakrętem wyłania się meta dociera do mnie, że zostało już tylko kilkaset metrów. Zerkam na zegarek. Dochodzi już właśnie pięćdziesiąta minuta . Złamać jej już się nie uda, ale walczę o jak najlepszy rezultat na ostatnich metrach odpierając jeszcze atak jednego z zawodników. Czas dużo powyżej oczekiwań. Naprawdę nie spodziewałem się, że stać mnie na taki wynik w takich warunkach i po przejechaniu takiego dystansu na rowerze. W końcu można przysiąść na chwilę by odpocząć i powiedzieć sobie „dobra robota”.

DSC04266

      Podsumowując to był naprawdę udany dzień. Za każdym razem z wielką przyjemnością wracam w te strony. Malownicze krajobrazy, piękne ciekawe miejsca i fajna impreza biegowa na deser – to argumenty, które sprawiają, że co roku rezerwuję sobie ten dzień na tego typu aktywności. Nie sposób też nie wspomnieć o samym biegu. W tym roku, jak to już bywało wcześniej ambasadorem Biegu w Platerowie była nasza utytułowana olimpijka i mistrzyni Europy Lidia Chojecka. Na starcie także inni olimpijczycy: Łukasz Parszczyński, który reprezentował nasz kraj w Londynie w biegu na 3000m z przeszkodami, oraz Tomasz Szymkowiak – specjalista w tej samej konkurencji, który wystąpił w Pekinie. Nie tylko obsada jest tu na najwyższym poziomie. Ta impreza to wspaniała rodzinna atmosfera, dobra organizacja, wiele znajomych twarzy, gorący doping. To wszystko sprawia, że dla mnie ten bieg jest wyjątkowy i niepowtarzalny i za każdym razem biegam tutaj z nieukrywaną przyjemnością. Kończąc nie sposób nie podziękować organizatorom Michałowi i rozbieganym dziewczynom z Dziewczyny z Platerowa Biegają  za gościnność i miło spędzony czas. Do zobaczenia…

2015.06.28 Platerów (POL) 10km:  VI PODLASKA DYCHA – BIEGIEM PRZEZ PLATERÓW – 50:23

DSC04285

Więcej zdjęć (Janów Podlaski):

Więcej zdjęć (Bieg):

Reklama

Podwójna zabawa

      Zanim tak naprawdę pokochałem bieganie i rozpocząłem swoją biegową przygodę w moim życiu dominowały inne aktywności sportowe. Między innymi była to jazda rowerem, czego efektem jest także wiele fajnych i ciekawych wypraw rowerowych opisanych na tym blogu. Choć ostatnimi czasy dyscypliną numer jeden w moim życiu jest bieganie to jednak, gdy tylko na  to pozwala czas i pogoda zawsze z nieukrywaną przyjemnością siadam na rower i przemierzam kolejne kilometry odwiedzając coraz to nowe ciekawe miejsca. Zawsze jednak brakowało mi imprez rowerowych gdzie można byłoby poczuć dreszczyk rywalizacji sportowej w tej dyscyplinie. Pewnie gdyby nie fakt, że średnio sobie radzę w wodzie spróbowałbym swoich sił w jakimś triathlonie, a ponieważ najpewniej czuję się jednak na twardym gruncie pozostały mi starty w masowych imprezach biegowych i swoje własne prywatne wycieczki rowerowe. Przyszedł jednak moment, gdy pojawiła się szansa połączyć obie dyscypliny. Z nieukrywaną radością przyjąłem do wiadomości informację, że Siedleckie Stowarzyszenie Leniwce przy współudziale Stowarzyszenia Nasze Iganie  zorganizuje imprezę, która połączy w sobie zarówno bieganie, jak i jazdę rowerem. I Duathlon o Puchar Starosty Siedleckiego – ŚcIganie w podsiedleckich Iganiach to jest coś, na co od dawna czekałem. Nic więc dziwnego, że zapisałem się od razu bez chwili zawahania.

DSC03333a

      Pogoda niestety spłatała psikusa. Mimo, że w kalendarzu minęła już połowa kwietnia, to jednak aura od kilku dni za oknem tego nie potwierdza. Prognozy na dzisiejszy dzień także nie były najlepsze. Chłód wiatr i deszcz to na pewno nie jest najlepsza pogoda na tego typu wyzwania. Po cichu liczyłem, że może nie będzie tak źle, gdy jednak wstałem rano wiedziałem, że były to płonne nadzieje. Przez chwilę myślałem nawet o tym, aby zrezygnować. Szybko te myśli wyrzuciłem z głowy. Była to dobra decyzja, bo tuż przed samym startem deszcz przestał padać, a nawet wyjrzało słońce. Jedyne co nadal spędzało sen z powiek to przenikliwy zimny wiatr. Specjalnych oczekiwań na szczęście nie miałem. Brak doświadczenia w tego typu imprezach sprawiał, że w ogóle nie wiedziałem jak rozłożyć siły, jaką obrać taktykę. Jedyny więc cel, jaki przed sobą postawiłem to ukończyć i nie być ostatni. Zupełnie nie znałem trasy musiałem więc też bardzo uważać , aby nie zgubić drogi.

DSC03349

      W końcu wystartowaliśmy. Na początek 5km biegu. Wydawało mi się, że rozpocząłem stosunkowo wolno. Chciałem pobiec ten dystans w tempie 5 minut na kilometr (potem okazało się, że było dużo szybciej). Stawka szybko rozciągnęła się i podzieliła na dwie grupy. Udało mi się utrzymać w tej lepszej, pierwszej części, biegłem jednak jako jeden z ostatnich. Wraz  z dystansem udało mi się przesunąć kilka pozycji. W końcu dobiegam do strefy zmian i rozpocząłem 38-kilometrowy odcinek rowerowy. Przed startem zakładałem sobie, że 25km na godzinę to jest tempo, którego powinienem się trzymać. Czułem się jednak dzisiaj silny, a dobrze przygotowanym rowerem  jechało się bardzo dobrze. Szybko więc uzyskałem lepsze tempo i z powodzeniem udawało mi się je utrzymywać. Tylko w momentach, gdy wyjeżdżaliśmy z lasu w otwartą przestrzeń tempo znacznie spadało. Silne porywy wiatru z powodzeniem torpedowały szybką płynną jazdę i zaczynało być ciężko. Starałem się utrzymywać za plecami innych zawodników, w końcu jednak stawka rozciągnęła się tak mocno , że musiałem jechać sam. Po pewnym czasie dołączył do mnie jeden z zawodników i przez kolejne kilometry jechaliśmy razem dając sobie od czasu do czasu zmiany. Nasze drogi już raz kiedyś się skrzyżowały. W 2013 gdy biegłem swój pierwszy półmaraton w życiu ostatnie kilka kilometrów biegliśmy razem wspierając się nawzajem. I tym razem przyszło nam współpracować na trasie.  Pierwsza pętla minęła bardzo szybko, czas na drugą. Tempo nadal całkiem wysokie. Już po zawodach okazało się, że udało mi się wykręcić najlepszy czas w życiu na dystansie 20km (43:35)  W pewnym momencie spojrzałem przez ramię. W oddali niebo było po prostu granatowe. Nie wróżyło to niczego dobrego. Na szczęście spadło tylko kilka kropli. Mniej więcej w połowie drugiej pętli zaczęło brakować mi sił. Na jednym ze stromych podjazdów gdzie dodatkowo wiatr silnie wiał prosto w twarz poczułem kryzys. Trochę zostałem z tyłu. Od tego momentu do mety musiałem już radzić sobie sam. Im bliżej była meta tym było ciężej. Jeszcze na rowerze myślałem o tym, że po jedzie rowerem czeka mnie jeszcze ostatnia pięciokilometrowa pętla biegowa. Na samą myśl robiło mi się słabo. Marzyłem o łyku wody, bidon niestety od startu był pusty. W końcu upragniona strefa zmian i można było zsiąść z roweru.

DSC03376

      Zostało jeszcze raz 5km biegu polnymi drogami. Po zejściu z roweru nogi były jak z waty, ciężko było nad nimi zapanować. Głowa chciała biec w jedną stronę, nogi w drugą. Z czasem wszystko wróciło do normy, sił jednak brakowało już coraz bardziej. Jedyne co mobilizowało to świadomość, że to już zaraz koniec. Na kilkuset metrowej ostatniej prostej jeszcze przyspieszyłem, by godnie przekroczyć metę, na której czekała już na mnie gorąca grochówka, herbata i kiełbasa z grilla. Podsumowując była to wspaniała impreza, której nie popsuła nawet słaba pogoda. Wspaniała, przyjazna atmosfera, znakomita organizacja, kolejne fajne doświadczenie. Z nieukrywaną przyjemnością wystartuje więc w kolejnej edycji za rok.

DSC03367

2015.04.19 Iganie (POL) Duathlon (5,3km – 38km – 5,3km):  I DUATHLON O PUCHAR STAROSTY SIEDLECKIEGO – 2:18:01 (22:12 / 1:27:17 / 25:57)

 Więcej zdjęć:

Rowerowe eskapady: Sosna-Kozółki

      Choć dziś żyjemy już w wolnym, niepodległym kraju Polska wzdłuż i w szerz nadal usłana jest wieloma reliktami naszej tragicznej, bolesnej przeszłości. Część z nich, jak na przykład pomniki i cmentarze Armii Czerwonej, do dziś budzi wiele kontrowersji i jest elementem wielu sporów natury historyczno-politycznej. Niektórzy domagają się ich likwidacji, gdyż są one nie tylko dowodem wdzięczności za wyzwolenie spod niemieckiej okupacji, ale także symbolem zakłamywania historii i próbą wymazania z pamięci dokonywanych przez żołnierzy radzieckich zbrodni i terroru. Szacuje się, że aktualnie mimo, iż od upadku komunizmu w Polsce minęło 25 lat w naszym kraju jest nadal ponad 300 pomników, obelisków, tablic które sławią Armię Czerwoną. Cmentarze, kwatery i mogiły, na których spoczywa około 700 tysięcy żołnierzy sowieckich zajmują powierzchnię 180ha. Dla porównania groby i cmentarze Wojska Polskiego zajmują powierzchnię około 22ha, a ofiar terroru 30ha.

Bez tytułu

       Korzystając z łagodnej zimy i pogody, która sprzyja rowerowym szaleństwom w tym roku sezon rozpocząłem już w pierwszych dniach stycznia. Póki co, są to raczej krótsze wycieczki kilkugodzinne. Na te dłuższe wyprawy przyjdzie jeszcze pora wiosną i latem. Ponieważ jak wielokrotnie podkreślałem bardzo lubię łączyć wyprawy rowerowe z odwiedzaniem ciekawych historycznie miejsc, jako cel swojej kolejnej podróży wybrałem położone nieopodal Siedlec miejscowości Sosna-Kozółki oraz Podnieśno, a konkretnie zlokalizowane tam cmentarze wojenno-jenieckie Armii Czerwonej. Cmentarze w Sośnie-Kozółkach i Podnieśnie to pamiątka po mało znanym, ale tragicznym epizodzie II wojny światowej na Podlasiu. W czasie II wojny światowej w okolicach Siedlec funkcjonował zbudowany w październiku 1941 Stalag 366 składający się z trzech podobozów w Siedlcach, Woli Suchożebrskiej i Podnieśnie. Więziono w nim kilkadziesiąt tysięcy jeńców, głównie żołnierzy radzieckich, ale także polskich i włoskich. Podobóz w Podnieśniu, zwany obozem „A”, miał obszar około 50ha i ogrodzony był drutem kolczastym. Pierwsze transporty jeńców przybyły zaraz po napaści hitlerowskich Niemiec na Związek Radziecki. Drugi obóz zwany obozem „B” zlokalizowany był w okolicach Woli Suchożebrskiej i miał około 100ha. W obozie przebywało kilkadziesiąt tysięcy więźniów. Warunki życia jeńców, którzy nocowali pod gołym niebem lub w wybudowanych przez siebie prymitywnych ziemiankach były tragiczne. Głód, zimno i epidemie powodowały dużą śmiertelność. Jeńcy organizowali bunty i ucieczki, które kończyły się krwawymi masakrami. W trakcie kilku ucieczek w drugiej połowie 1941 r. tysiącom jeńców udało się uciec do okolicznych lasów. Ludność polska udzielała im pomocy polegającej na ukrywaniu jeńców, dostarczaniu żywności i ubrań, leczeniu chorych, kierowaniu na wschód, a nawet uzbrajaniu i tworzeniu oddziałów partyzanckich. Dziś o tamtych wydarzeniach przypominają dwa cmentarze. Jeden w lesie nieopodal miejscowości Sosna-Kożółki, gdzie grzebani byli zamordowani jeńcy z Woli Suchożebrskiej i drugi położony w lesie nieopodal miejscowości Podnieśno. Oba wpisane są na listę zabytków.

      Swoją wyprawę rozpocząłem od cmentarza w miejscowości Sosna-Kozółki. Chciałoby się powiedzieć do trzech razy sztuka, bo dopiero za trzecim razem udało mi się odnaleźć cel swojej wycieczki. Pierwszy raz o tym miejscu usłyszałem dwa lata temu i planowałem je zobaczyć po drodze w czasie innej wyprawy rowerowej do Pałacyku w Patrykozach, Ponieważ nie to było wówczas głównym celem mojej wyprawy, a nie mając mapy nie chciałem tracić czasu na poszukiwania postanowiłem to odłożyć na inną okazję. Również za drugim razem nie miałem szczęścia. Położony w gęstym lesie z dala od zabudowań mały cmentarzyk trudno dostrzec, co sprawia, że trzeba się mocno natrudzić, by go wypatrzyć i odnaleźć. Jeszcze trudniej dotrzeć do cmentarza w Podnieśnie, o którym dowiedziałem się w zasadzie dopiero wczoraj. Żeby mieć okazję go zobaczyć trzeba przedzierać się wąskimi grząskimi leśnymi dróżkami, gdzie pełno różnego rodzaju chaszczy, kamieni i błota. Z jednej strony obniża to komfort wycieczki, z drugiej strony satysfakcja, że w końcu udało się zrealizować cel wyprawy jest dużo większa.

2015.02.22 Trasa: SIEDLCE – SOSNA-KOZÓŁKI – PODNIEŚNO – SIEDLCE (trasa: 62 km)

Więcej zdjęć (Sosna-Kozółki):

Więcej zdjęć (Podnieśno):

Rowerowe eskapady: Patrykozy

      Chyba nie mam lepszego przykładu na powiedzenie „Cudze chwalicie, swego nie znacie” niż cel mojej kolejnej rowerowej wyprawy. 25 lat mieszkałem w Siedlcach nie mając nawet najmniejszej świadomości o tym, że kilkanaście kilometrów od Siedlec można znaleźć taki skarb turystyczno-architektoniczny. Pałac w Patrykozach, bo o nim mowa, to pałac z pierwszej połowy XIX wieku wybudowany w bardzo rzadkim w Polsce stylu neogotyckiem. Legendy głoszą, że pod pałacem rozciągają się lochy, w których mieściła się pracownia mistrza Twardowskiego. Podobno w chwilach wolnych od alchemicznych prac w pobliskim Węgrowie czarnoksiężnik próbował stworzyć sztucznego człowieka – homunkulusa. Próby te zakończyły się jedynie połowicznym sukcesem. Do dziś mówi się, że w bezksiężycowe noce po okolicy krąży potwór z ciałem kozła i głową koguta.

      Po II Wojnie światowej pałac ulegał powolnemu niszczeniu i degradacji. W latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia podjęto się próby odbudowy pałacu. W latach dziewięćdziesiątych właścicielem pałacyku została rodzina restauratorów Gessler. Nie podjęli oni jednak renowacji, co doprowadziło do katastrofy budowlanej i zawalenia się wieży wraz z częścią ściany szczytowej. Wkrótce pałac zmienił właściciela, a podczas kolejnego remontu w latach 2004-2010 obecny właściciel – Pan Maurycy Zając – odtworzył szczegółowy układ pałacu i przywrócił mu historyczny wygląd. Uzupełnieniem tego wyglądu stały się oryginalne meble pałacowe i meble z epoki Biedermeiera. Zanim jednak dotrę do Patrykozów swoją wycieczkę rozpoczynam z Siedlec kierując się w stronę Woli Suchożebrskiej. Jest tam bardzo ciekawy zespół dworsko-parkowy z 1835 roku, składający się z klasycystycznego dworku i współczesnych mu pozostałości dawnego parku i ogrodu. Obecnie właścicielem dworku jest firma Sokołów S.A. Jadę dalej w stronę Suchożebrów. Mijam tam neoklasycystyczny kościół parafialny św. Marii Magdaleny z 1772 roku. Jadąc dalej polnymi drogami w końcu docieram do Patrykozów. Niestety tym razem szczęście mi nie sprzyja. Ponieważ dowiedziałem się, że właściciele udostępniają pałacyk zwiedzającym liczyłem, że uda mi dostać się do środka i zobaczyć także wnętrze. Niestety być może letni urlopowy okres sprawił, że nie udało mi się zastać właścicieli. Pozostało więc podziwianie pałacyku z dala zza ogrodzenia. Pałac i tak robi wrażenie. Objechałem jeszcze całą posiadłość dookoła, by potem wzdłuż szlaku przyrodniczo-ekologicznego Doliną Liwca podziwiając tamtejszą przyrodę wrócić do domu.

 

2013.07.20 Trasa: SIEDLCE-WOLA SUCHOŻEBRSKA- SUCHOŻEBRY-KRZEŚLIN- PATRYKOZY- HOŁUBLA-SIEDLCE (74 km)

 

Rowerowe eskapady: Stoczek Łuk.

      Za cel następnej rowerowej wyprawy wybrałem sobie Stoczek Łukowski. Miasteczko to znane jest przede wszystkim z pierwszej zwycięskiej bitwy powstania listopadowego stoczonej 14 lutego 1831 roku. Również w innych historycznie przełomowych momentach Stoczek Łukowski odznaczył swoje ważne miejsce. W okresie powstania styczniowego w okolicach miasta działały liczne oddziały powstańcze. Za wsparcie powstania styczniowego w 1867 Stoczek stracił nawet prawa miejskie. W okresie międzywojennym miasto znane było przede wszystkim z największych w Polsce i jednych z największych w Europie targów końskich. Po wybuchu drugiej wojny światowej zostało spalone. W latach okupacji w Stoczku oraz w jego okolicach działały liczne oddziały partyzanckie. Po okresie okupacji, mimo wielkich strat i zniszczeń, jakie przyniosła wojna głównie dzięki zaangażowaniu miejscowej ludności udało się miasteczko odbudować.

      Wycieczkę rozpoczynam z Siedlec, kieruje się w stronę Domanic. W Domanicach zatrzymuję się na chwilę przy tamtejszym kościele zaciekawioniony kilkoma starymi dziewiętnastowiecznymi grobami. Trochę dalej odnajduję pomnik z 1928 roku upamiętniający żołnierzy, którzy zginęli tu w walce o niepodległość w roku 1918. Tuż za Domanicami w lesie jadąc drogą w kierunku Helenowa napotykam na małą drewnianą kapliczkę. Już po powrocie do domu dowiaduje się, że pod Domanicami dokładnie w tym miejscu w dniu 10 kwietnia 1831 roku miała miejsce bitwa, którą historycy określają jako najbardziej chwalebną bitwą z wojskami rosyjskimi podczas powstania styczniowego. Można spotkać również określenie tego miejsca jako „Cud pod Domanicami”. Jadę dalej. W końcu docieram do Stoczka. Tu zatrzymuję się chwilkę dłużej. Zwiedzanie miasteczka zaczynam od centralnego punktu. To właśnie tutaj na skwerze ulokowany jest pomnik Józefa Dwernickiego – bohaterskiego generała pod dowództwem którego 14 lutego 1831 roku miała miejsce pierwsza zwycięska bitwa powstania listopadowego. Wówczas to wojska Dwernickiego rozgromiły liczniejszy korpus gen. Fiodora Gejsmara. Już przy wyjeździe ze Stoczka docieram do okazałego pomnika na wzgórzu, który upamiętnia samą bitwę.

   Trochę wcześniej po drodze odnajduję krzyż pobudowany w 1917 roku w 100 rocznicę śmierci Tadeusza Kościuszki. Kierując się dalej w stronę Siedlec przed dworkiem „Zgorznica”, w którym siedzibę miało kwatermistrzostwo OBW Łuków zauważam pomnik żołnierzy AK zamordowanych przez sowieckie NKWD w 1945 roku. Trochę dalej odnajduję krzyż poświecony pamięci POW pospolicie zwanym krzyżem w 4 brzózkach. Postawiono go w 1918 r. po odzyskaniu niepodległości. Krzyż ten przypomina działalność konspiracyjną Polskiej Organizacji Wojskowej powołanej w 1914 r. przez Józefa Piłsudskiego. Jadę dalej w stronę Siedlec. Docieram do rzeki Świder, która wraz ze swoimi bagnami tworzy także dużą atrakcję turystyczną. Podobno jeszcze przed drugą wojną światową przyjeżdżający tu turyści nazywali te miejsce „Szwajcarią Podlaską”. Dalej po drodze mijam Seroczyn gdzie odnajduję pomnik żołnierzy poległych tu w 1939 roku. Zanim wrócę do domu przejeżdżam jeszcze przez Wodynie, gdzie można zobaczyć mały drewniany Kościół p.w. Świętych Piotra i Pawła z 1776 roku. Kolejne 100km zaliczone…

2013.07.18 Trasa: SIEDLCE-DOMANICE- STOCZEK ŁUKOWSKI – SEROCZYN- WODYNIE-SIEDLCE (trasa: 104 km)

Więcej zdjęć: