U Pana Bogdana – Etap III

      Kilka tygodni temu startując w II Etapie Biegów Górskich Bogdana Bali można było powiedzieć, że warunki były trudne. Tym razem poprzeczka została zawieszona jeszcze wyżej. Siedemnastostopniowy mróz i śnieg po kostki na tej bardzo trudnej i wymagajacej trasie to warunki naprawde ekstremalne. Mimo to kolejny etap tej imprzy przyciagnął blisko siedemdziesięciu najodważniejszych i najtwardszych śmiałków, którym nie straszny mróz. Szczerze mówiąc ciężko mi się było zmobilizować, aby wyjść z domu i pobiec. Najchętniej zostałbym w domu. Z drugiej strony nie mialem za bardzo wyjścia. Absencja na pierwszym etapie z powodu choroby sprawiła, że aby ukończyć cały cykl nie mogę już odpuścić żadnego biegu. Stanąłem więc na starcie i nie żałuję, bo nie było tak żle. Najgorzej było wystartować. Potem mróz nie był już tak dokuczliwy. Zacząłem bardzo spokojnie. Wiedziałem, że bieganie w tym wysokim śniegu mocno eksploatuje sily, których potem może zabraknąć  w drugiej połowie dystansu. Zresztą najważniejsze dla mnie było po prostu ukończenie. Każdy z podbiegów był ogromnym wyzwaniem. Na zbiegach także nie było szans na odpoczynek. Śliska oblodzona trasa sprawiała, że trzeba było momentami hamować by nie wylądować na jakimś okolicznym drzewie. Ostatecznie udało sie osiągnać metę. Czas raczej nie powala, ale trening w takich warunkach i satysfakcja z ukończenia? Bezcenne…

2017.01.07 Siedlce (POL) 10km – BIEGI GÓRSKIE BOGDANA BALI ETAP III – 52:37

15941045_1107761936003494_2677444239047517891_n
Zdjęcie: Dariusz Sikorski

U Pana Bogdana – Etap II

      W tym roku swoją przygodę z bieganiem u Pana Bogdana zaczynam dopiero od drugiego etapu. Niestety dwa tygodnie temu z zawodów wykluczyła mnie grypa. Tym razem jednak stanąłem na starcie, choć pogoda jak przystało na połowę grudnia nie rozpieszczała. Mróz, do tego trudna oblodzona i zaśnieżona trasa to nie są idealne warunki do biegania. Mimo to zawsze jest to okazja do spotkania wielu biegowych przyjaciół, a panująca tam atmosfera zachęca do tych startów i z przyjemnością w nich uczestniczę.

a15578528_1090899581023063_2738471557825031550_na15541533_1090899451023076_3687182798928672341_n

      Tym razem o samym biegu będzie raczej krótko. Biorąc pod uwagę, fakt, że po ostatnim maratonie nastąpiło duże rozluźnienie treningowe, osłabienie po chorobie i nie do końca odpowiednie na te warunki obuwie na dobry wynik nie było co liczyć. Skupiłem się więc raczej na tym, aby to spokojnie przebiec. Inna sprawa, że na tej wymagającej, pofalowanej pełnej stromych podbiegów trasie nawet bieg na „pół gwizdka” bywa dość wymagający. Już od 4 km było ciężko. W tym roku w zasadzie w ogóle odpuściłem dystanse dziesięciokilometrowe. Choć starałem się zacząć wolno (5 minut na kilometr) to jednak nawet w takim tempie dawno nie biegałem, tym bardziej po lesie. To szybko dało o sobie znać. Męczyłem się mocno, zwłaszcza na podbiegach. Część trasy biegłem w kilkuosobowej grupie. Dopiero około 2 km do mety straciłem do niej trochę dystansu. Z tyłu bardzo długo nic. Starałem się złapać kilka głębszych oddechów na końcówkę by dogonić grupę rywali, niestety już mi się to nie udało. Na metę wbiegłem dość spokojnie. Już w domu z ciekawości zerknąłem jak wyglądały moje rezultaty w zeszłorocznej edycji i trochę się zdziwiłem. Okazało się bowiem, że mój dzisiejszy wynik w tym zestawieniu nie wygląda wcale najgorzej. Biorąc pod uwagę okoliczności i wszystkie czynniki trzeba być zadowolonym.

a15589581_1090899841023037_1603767252337336921_na15492091_1090899087689779_4423517689058777890_n

      Skoro dzisiejszy bieg był raczej bez historii i nie ma za bardzo czego relacjonować, to może jest to dobry czas i miejsce by podziękować Panu Bogdanowi Bali. Od kilku lat w sezonie zimowym w zasadzie zupełnie w pojedynkę organizuje On cykl imprez biegowych na ciekawych i wymagających leśnych trasach siedleckiego rezerwatu Gołobórz. Wyznacza trasy, obsługuje biuro zawodów, przygotowuje wyniki, zamawia medale, puchary i zajmuje się wieloma innymi elementami, które składają się na udaną imprezę sportową. Zawody te służą nie tylko popularyzacji sportu (z każdą edycją biegi te cieszą się coraz większym zainteresowaniem), ale są także okazją do miłego spędzania czasu.  Dziękujemy.

2016.12.17 Siedlce (POL) 10km – BIEGI GÓRSKIE BOGDANA BALI ETAP II – 50:59

a15542040_1090899061023115_2322677580517686261_n

Zdjęcia: Dariusz Sikorski

Z Azji do Europy

      Od mojego szóstego maratonu w życiu mija prawie tydzień. Choć dopiero zaczynam pisać relację z tego biegu to już wiem, że będzie to najdłuższy wpis, jaki do tej pory pojawił się na tym blogu. Wiąże się z nim bowiem wiele emocji, wrażeń i wspomnień, które chciałbym utrwalić i którymi chciałem się tutaj z wszystkimi podzielić. Mam także nadzieję, że dla kogoś będzie to ogromną inspiracją do tego, by nie tylko odwiedzić to nadzwyczaj interesujące miasto, ale być może nawet przebiec w nim ten niepowtarzalny, wyjątkowy i jedyny na świecie taki maraton.

wp_20161113_09_56_35_pro

      To także mój szósty bieg zagraniczny. Były półmaratony w Brukseli, Wiedniu, Atenach, w międzyczasie był też bardzo wymagający i ważny dla mnie bieg na szczyt Monte Cassino we Włoszech.  W zeszłym roku pobiegłem swój pierwszy maraton zagraniczny w Budapeszcie i to właśnie po tym biegu w mej głowie pojawił się pomysł przebiegnięcia tego samego dystansu w Stambule. Szukałem nowego wyzwania, czegoś wyjątkowego, a maraton w tym mieście właśnie taki jest. To maraton, który zaczyna się na jednym kontynencie w Azji, a kończy na drugim w Europie. Na bieg zarejstrowałem się z dużym wyprzedzeniem już w styczniu. To najlepsza motywacja by zrealizować cel i doprowadzić swój plan do końca.  Niedługo potem załatwiłem większość formalności łącznie z lotem. Pozostało liczyć, że zdrowie dopisze, szlifować formę i odliczać czas do tego wydarzenia. Czasami miałem chwile drobnych wątpliwości czy dobrze robię i czy ryzyko nie jest zbyt duże. Lipcowa próba przewrotu, w której zginęły setki ludzi,  ataki terorystyczne, które od czasu do czasu zakłócają normalne życie w mieście oraz generalnie napięta sytuacja polityczna sprawiały, że czasami w mej glowie pojawiały się pewne obawy. Z drugiej strony miałem wrażenie, że po stłumieniu puczu podjęte środki ostrożności sprawiły, że poziom bezpieczeństwa w tym mieście znacznie się podniósł i paradoksalnie jest tam teraz bardziej spokojnie, niż było. Choć od tamtych dramatycznych wydarzeń minęło już kilka miesięcy to nawet dziś gdzie niegdzie można było zaobserwować opancerzone wozy policyjne i policjantów z długą bronią patrolujących ulice. Jeszcze bardziej widoczne jest to na lotnisku, gdzie trzeba poddać się licznym kontrolom.

wp_20161113_14_39_57_prowp_20161114_14_16_21_pro

      Do Stambułu przybyłem już w piątek i muszę przyznać, że od początku Stambuł nie był dla mnie zbyt łaskawy. Opóźniony lot, kłopoty z odnalezieniem bagażu, potem hostelu, taksówkarz, który licząc na moją niewiedzę usiłował namówić mnie na kurs i przekonać, że z miejsca w którym się znajdowaliśmy do hotelu jest 3 kilometry, a nie 400 metrów i aby się tam dostać koniecznie muszę użyć jego taksówki – to wszystko nie napawało optymizmem. Po kilku godzinach popytu w Stambule czułem się tym miastem już trochę zmęczony. Zmęczony, jakbym ten maraton już przebiegł. W hostelu na szczęście nie było już przykrych niespodzianek, choć ładnych kilka minut zajęło chlopakowi na recepcji potwierdzenie, że „tak, mój pokój jest i czeka na mnie”. Przez ten czas oczekiwania jego mina mówiła raczej „ooo, cholera, chyba mamy problem”. Podobnie, jak w przypadku innych dotychczasowych wyjazdowych biegów mogłem liczyć na bardzo międzynarodowe, egzotyczne towarzystwo w pokoju, tym razem w osobach Alexisa z Francji,  Cama, a właściwie Camerona z Kanady i kolegi z Japonii, którego imienia nie byłem w stanie powtórzyć już kilka minut po tym, jak mi się przedstawił. Każdy z nich pochodził z zupełnie innego zakątku świata, ale łączyło ich wszystkich podróżowanie i odkrywanie Europy. No i przez tych kilka dni Stambuł i ten nasz wspólny mały pokój.

wp_20161115_12_15_48_prowp_20161112_10_13_18_pro

      Sobota od rana bardzo intensywna. Wczesna pobudka i wyjazd po pakiet startowy. Ciężko jest się poruszać po Stambule. Niesamowite korki na ulicach i poczucie, że każdy chce Cię przejechać, gdy jesteś pieszym to wrażenia, których możesz tu doświadczyć. Po prawie półtoragodzinnym przeciskaniu się przez miasto udaje mi się w końcu dotrzeć do nowoczesnej hali sportowej Asli Çakir Alptekin, gdzie zlokalizowano Expo całej imprezy. Muszę przyznać, że zaskoczyło mnie ono bardzo pozytywnie swoim rozmachem. Dzięki temu, że byłem tam jeszcze przed otwarciem udało mi się uniknąć kolejek i szybko po odbiorze pakietu mogłem w pełni skupić się na zwiedzaniu zlokalizowanych w hali stoisk, a przy okazji zrobić kilka pamiątkowych zdjęć. W międzyczasie porozmawiałem z jednym z tureckich biegaczy w średnim wieku, którego zainteresował fakt, iż jestem obcokrajowcem. Gdy dowiedział się że pochodzę z Polski łamaną angielszczyzną opowiedział mi o swoich dawnych polskich przyjaciołach z „Opol”…  znaczy się chyba z Opola, hmm? Po solidnej porcji darmowego makaronu, którego można się było najeść do woli i naładowaniu organizmu węglowodanami przyszła pora wracać do hostelu.

wp_20161112_11_30_43_prowp_20161112_10_29_09_pro

      Szybki prysznic, przebranie się i kolejny punkt na liście mojego pobytu w Stambule to jest spotkanie z moją szefową Havvą, która jest Turczynką i na codzień mieszka, żyje i pracuję w tym miescie. Osobiście widujemy się tylko kilka razy w roku. Tym razem pojawiła sie okazja na kolejne spotkanie, którą należało po prostu wykorzystać. Umówiliśmy się w bardzo malowniczej dzielnicy zwanej Bebek tuż nad Bosforem, gdzie zlokalizowano wiele pięknych i eleganckich restauracji i skąd można podziwiać piękne widoki na Bosfor i drugą azjatycką stronę miasta. Smaczny posiłek, spacer wzdłuż wybrzeża, rozmowa przy tradycyjnej tureckiej herbacie i pora wracać. Trzeba w końcu trochę odpocząć i przygotować się przed jutrzejszym biegiem.

wp_20161112_15_38_06_pro

      Dzień startu. Jeszcze nigdy przed biegiem nie wstawałem tak wcześnie. Nawet w Atenach, gdzie na start  Półmaratonu Posejdona musiałem przeciskać się z centrum na sam kraniec miasta nad morze mogłem pospać dłużej. Biorąc pod uwagę dwugodzinną różnicę względem polskiego czasu można powiedzieć, że na bieg musiałem wstać o 4 rano, a obudziłem się już nawet o 3:45. Generalnie w Stambule mialem problem ze snem. Podczas czterech nocy spędzonych w tym mieście, ani jednej nie spalem normalnie. Mimo to nie czulem w ogóle senności, ani zmęczenia. Tym razem obudził mnie deszcz, który od samego rana intensywnie lał się z tureckiego nieba. Nie była to dobra wiadomość. Prognozy zapowiadały na ten dzień ochłodzenie i byłem na to przygotowany, ale do tego opady? Choć lubię biegać w deszcz, to jednak w połączeniu z oczekiwanym chłodem i tak długim dystansem tym razem mogłaby się to dla mnie okazać ściana nie do przebicia.

wp_20161113_16_43_46_pro

      Gdy już dotarłem na legendarny plac Taksim podstawione tuż obok centrum kultury Ataturka zwanego „Ojcem Turków” autobusy zawiozły nas na drugą, azjatycką stronę Stambułu. Deszcz jakby zelżał. Zacząłem się przebierać. Brak zorganizowanej szatni sprawił, że każdy sam szukał dla siebie jakiegoś dogodnego miejsca. Ja rozłożyłem swoje rzeczy na ułożonej na poboczu „w kostkę” stercie przęseł siatkowego płotu.  Gdy po kolej zakladałem następne elementy swojego stroju nagle z koperty wysunął mi się chip i poprzez oczka siatki wylądował mniej więcej w środku ułożonej z tych przęseł kostki. Zdębiałem. Próbowałem podnieść metalowe elementy. Sam byłem w stanie unieść jedynie kilka z nich. Poprosiłem kogoś stojącego obok o pomoc. Po chwili spontanicznie w ratowanie mojego chipa zaangażowana była już solidna turecka ekipa. Udało się podnieść wszystkie potrzebne przęsła do tego, by wsunąć rękę i sięgnąć po moj chip. Ładnie podziękowałem za pomoc i mogłem odetchnąć z ulgą. „Uff. Pięknie się ten dzień zaczyna” – pomyślałem. „Miało być pogodnie, a pada, teraz to. W końcu mamy trzynastego. Cóż może się więc jeszcze wydarzyć? Wolę już nawet nie myśleć.”

wp_20161113_08_06_10_prowp_20161113_08_21_49_pro

      Nadeszła godzina 9:00, moment startu. Wielotysięczne morze biegaczy, którzy już za moment pobiegną na dystansach 42, 15, oraz 10 kilometrów, albo wykorzystają tą specjalną okazję i przemaszerują ośmiokilometrową trasą z jednego brzegu na drugi w ten jedyny w roku moment, gdy most jest otwarty dla ruchu pieszego. Nie miałem specjalnych oczekiwań co do wyniku. Bogaty o poprzednie doświadczenia już wiem, że życiówki mogę sobie bić w Warszawie, maratony i półmaratony zagraniczne to zupełnie inna historia. Zmęczenie podróżą, zwiedzaniem, nocowaniem w hostelu, często trudne trasy, mało sprzyjające warunki atmosferyczne – to wszystko sprawia, że poprzeczka jest ustawiona zdecydowanie dużo wyżej i potrzeba być w naprawdę dobrej dyspozycji, by powalczyć o rekord. Ja w takiej nie byłem na pewno. Poprawiona życiówka miesiąc temu na 38 Maratonie Warszawskim, sprawiła, że nastąpiło pewne rozprężenie, a słaba pogoda w ostatnich tygodniach także nie pomagała dobrze sie przygotować. Nie miałem też dużej potrzeby. W tym roku po Maratonie Warszawskim czułem się w pełni spełnionym maratończykiem i obiecałem sobie, że tym razem pobiegnę by cieszyć się bieganiem i swoim  pobytem w tym pięknym, zupełnie egzotycznym dla mnie mieście. Po prostu go przebiec w zdrowiu i z radością. Wynik schodził na dalszy plan.

wp_20161113_09_12_08_prowp_20161113_09_55_32_pro

      Pierwsze kilometry raczej spokojnie, udało mi się nawet zrobić wiele pięknych zdjęć z trasy. Deszcz przestał już padać, a z za chmur coraz śmielej wyglądało słońce. Biegło mi się bardzo dobrze. Z uśmiechem na twarzy i coraz większą ekscytacją minęliśmy stadion Besiktasu. Fanem tureckich zespołów nie jestem, ale dla kogoś, kto przez wiekszość życia pasjonował się piłką nożną i to był dla niego sport numer jeden, obiekty piłkarskie zawsze wzbudzają sentyment i zaintersowanie. Tuż obok po przeciwnej stronie ulicy przepiękny Pałac Dolmabahce. Pałac ten wybudowany w połowie XIX wieku był pierwszym pałacem w tym mieście w stylu europejskim. Z założenia miał sprawiać wrażenie na zagranicznych gościach, dlatego wzorowano go na Luwrze i Pałacu Buckingham.  Kilka kilometrów dalej mijamy Wieżę Galata, zwaną także Wieżą Chrystusa, wybudowaną w XIV wieku jako część fortyfikacji ówczesnej kolonii Genui. Pierwsze problemy pojawiły się koło siedemnastego kilometra. Komfort biegu znacznie sie obniżył, choć nie wzbudziło to we mnie większego niepokoju. Zwykle, nawet gdy biegnę tylko półmaraton jest to dla mnie trudny moment i okolice 16,17 kilometra znoszę nienajlepiej. Słońce zaczynało przygrzewać coraz mocniej. Skreciliśmy w stronę portu Yenikapi.

wp_20161113_10_49_01_prowp_20161113_09_54_41_pro

      Gdy minęliśmy półmetek rozpoczął się odcinek, który dał się chyba wszystkim najbardziej we znaki. Około 10 kilometrów wzdłuż wybrzeża pod górę i pod wiatr.  Co chwilę mijałem kolejnych biegaczy, którzy albo szli, albo próbując gdzieś na poboczu odnaleźć w sobie jeszcze odrobinę energii na dalszy bieg przeżywali swoje własne, osobiste dramaty. W pewnej chwili z naprzeciwka zauważyłem gest pozdrowienia jednego z biegaczy. Ropoznałem koszulkę Legii.  Już wiedziałem – Polak. Na mecie spotkaliśmy się ponownie, okazało się, że ma na imię Piotr. Słońce wbrew prognozom momentami przygrzewało naprawdę mocno. Zastanawiałem się, czy długi rękaw to był dobry pomysł na ten bieg.  Z drugiej strony od czasu do czasu wiatr wiał tak silnie, że cieszyłem się, że mam dodatkowe okrycie chroniące organizm przed chłodem. Czekałem tylko kiedy ten morderczy podbieg się skończy. Ściana na 30 kilometrze nabierała dla mnie zupełnie nowego znaczenia, choć ciągle miałem siły by kontynuować normalnie bieg. Wiedziałem, że muszę to przetrwać, a potem będzie już dużo łatwiej, bo po nawrocie czeka mnie przynajmniej tyle samo dystansu z wiatrem w plecy. W końcu nadszedł ten moment. I rzeczywiście. Po nawrocie biegło się dużo łatwiej, choć jak na złość wiatr jakby się uspokoił. Od 32 kilometra zaczęły mnie łapać skurcze w lewą nogę. Od 35 co chwilę łapały mnie już w obie. Było już naprawdę ciężko. Myśl, która pojawiła się z godzinę wcześniej, by może jednak powalczyć o poprawę zeszłorocznego wyniku z Budapesztu się oddalała, by w końcu zupełnie zniknąć. Liczyłem bogaty o doświadczenia z wielu biegów, że może końcówka będzie z górki i wtedy będzie już dużo latwiej. Czekałem na ten moment. Tym razem było jednak zupełnie inaczej. Ostatnie dwa kilometry to mocne mordercze podbiegi. Chyba tylko świadomość, że już za chwilę meta i ten bieg się skończy pozwalała mi przetrwać, dodawała energii i chęci na kontynuowanie biegu. Przebiegliśmy przez Park Gulhane. Podobno to właśnie tutaj w 1928 roku Ataturk przedstawił po raz pierwszy, jak wkrótce będą wyglądały litery alfabetu tureckiego, o czym informowały ówczesne gazety, pisane jeszcze literami osmańskimi.

wp_20161113_13_31_14_pro

      Wśród publiczności usłyszałem polski doping. Młody chłopak widząc polskiego orła na mojej koszulce próbował dodać mi otuchy. To był jedyny polski kibic, jakego wypatrzyłem na trasie całego maratonu, ale jego doping pojawił się chyba w najlepszym możliwym dla mnie momencie. Uśmiechnąłem się do niego skinając głową. Chwilę potem turecki kibic krzyknął po angielsku, że zostało mi już tylko 400 metrów. Przyspieszyłem więc mocno. Na finiszu zawsze są siły cokolwiek by się nie działo chwilę wcześniej. Wyprzedziłem jeszcze kilku zawodników na ostatniej prostej i w końcu minąłem metę zlokalizowaną na Hippodromie, miejscu spotkań i sportowych zmagań starożytnych Rzymian, Bizancjum oraz obywateli Imperium Osmańskiego, tuż między Błękitnym Meczetem, a Egipskim Obeliskiem.

wp_20161113_15_02_46_prowp_20161113_14_28_10_pro

      Potwornie zmęczony, jeszcze bardziej szczęśliwy chwilę musiałem odetchnąć by dojść do siebie. Siedząc na trawie w głębi serca przeżywałem jeszcze momenty tego biegu. Gdy już trochę odpocząłem i miałem się już powoli zbierać się do hostelu nagle niespodziewanie natknąłem się na swojego kolegę z pokoju – Cama, który wraz z parą naszych australijskich sąsiadów z pokoju obok pojawili się na mecie maratonu podczas zwiedzania stambulskich zabytków. Teoretycznie zwiedzanie to byl mój plan dopiero na następny dzień, ale korzystając z tego spotkania oraz faktu, że jestem w najpiękniejszych miejscach Stambułu postanowiłem kontynuować zwiedzanie z wraz z grupą znajomych. Nogi trochę bolały, ale generalnie czułem się już dobrze. Odwiedziliśmy Meczet Sultanahmet, chwilę potem muzeum Haghia Sophia. To w przeszłości świątynia chrześcijańska, potem meczet. Budynek uważany za najwspanialszy obiekt architektury i budownictwa całego pierwszego tysiąclecia naszej ery. Była to najwyższa rangą świątynia w Cesarstwie Bizantyjskim, katedra patriarsza oraz miejsce modłów i koronacji cesarzy. Nazwa znaczy dosłownie „Boża Mądrość” i odnosi się do jednego z atrybutów Boga. Do hostelu wróciliśmy na piechotę. Rozpierała mnie radość, ale i duma, które przyćmiewały zmęczenie. To był bez wątpienia najtrudniejszy, ale i najbardziej interesujący maraton, z tych które dotychczas udało mi się przebiec.

wp_20161113_14_47_44_prowp_20161113_14_48_42_pro

      Poniedziałek, tak jak planowałem to dzień poświecony na zwiedzanie. Nie czułem dużego zmęczenia.  Nogi też wydawały się już być w porządku. Po kilku dniach popytu w tym mieście w końcu je pokochałem, nauczyłem się także po nim poruszać. Niestraszne mi już były ogromne  odległości, korki, gwar, hałas, niesamowite tempo. Jeszcze raz miałem możliwość zobaczyć wiele z  tych miejsc, ktore widziałem w biegu popdrzedniego dnia.  Tym razem już na spokojnie, bez pośpiechu. Udało mi się też dotrzeć na legendarny Grand Bazar, jeden z największych tego typu obiektów w Turcji. Wtorek, ostatni dzień pobytu to czas rozstania ze Stambułem. Jeszcze tylko pożegnalne pamiątkowe zdjęcie z legendarnego Taksim Square, na którym akurat odbywały się jakieś uroczystości państwowe wraz z wojskową orkiestrą, trochę pamiątkowych zakupów i można powoli kierować się w stronę lotniska. Czas powiedzieć do widzenia Turcjo… hoşça kal. To była naprawdę wspaniała przygoda i momenty, ktore na zawsze zostaną w mojej pamięci.

2016.11.13 Stambuł (TUR) Maraton – 38 VODAFONE EURASIA ISTANBUL MARATHON – 4:17:47

wp_20161115_10_49_58_pro

Więcej zdjęć:

Symbolicznie

      Podobnie jak rok temu, tak i tym razem zbliżającą się rocznicę odzyskania niepodległości na sportowo świętowałem w podsiedleckim Skórcu, uczestnicząc w II Biegu Niepodległości na dystansie 5 kilometrów. Choć to mała, kameralna impreza to jednak startując tam w poprzedniej edycji do domu ze sobą zabrałem wiele pozytywnych wrażeń i miłych wspomnień. To dobra okazja by spotkać licznych znajomych biegaczy, porozmawiać i przyjemnie spędzić czas. Postanowiłem więc wybrać się tam także i tym razem. Współorganizatorem i ambasadorem imprezy jest Grupa Biegowa Skórzec Biega, w której mam wielu przyjaciół i z którymi moje drogi często krzyżują na różnego rodzaju zawodach. Od czasu do czasu goszczą mnie również na swoich treningach. Bieg ten staje się ważnym wydarzeniem w życiu ich gminy, w które angażuje się także cała lokalna społeczność.

wp_20161106_15_07_19_prowp_20161106_15_05_57_pro

      Wielką niewiadomą wydawały się być warunki atmosferyczne. Listopad to czas, gdy mróz i śnieg nie są już niczym nadzwyczajnym. Choć temperatury w ostatnich dniach są raczej nadal dodatnie to jednak prognozy nie były zbyt optymistyczne. I rzeczywiście rano padał deszcz. Na szczęście w czasie biegu pogoda była już wręcz idealna do szybkiego biegania. Zanim wystartowaliśmy, podobnie jak poprzednio, delegacja biegaczy wraz z oficjelami złożyła kwiaty pod skórzeckim pomnikiem niepodległości oraz odśpiewaliśmy wszyscy Mazurka Dąbrowskiego. Po oficjalnej części biegacze przeszli na start, gdzie rozpoczęła się już rywalizacja sportowa.

wp_20161106_13_55_58_pro

     Dla mnie ten bieg miał wymiar głównie symboliczny. Nie miałem ani formy, ani chęci by się tu mocno ścigać i walczyć o życiówki. Podstawowym celem było uczczenie rocznicy oraz spotkanie kolegów i miłe spędzenie czasu. W ostatnich miesiącach w ogóle nie trenowałem tego dystansu. Ostatni raz 5 km biegałem w maju. Nie chciałem też ryzykować jakąś kontuzją tuż przed zbliżającym się maratonem. Zacząłem więc raczej spokojnie. Po pierwszym kilometrze trochę przyspieszyłem. Biegło mi się stosunkowo dobrze. Trzeci kilometr to najtrudniejszy moment tego biegu. Asfaltowa droga zmieniła się nagle w leśną polną, piaszczystą ścieżkę. Szybko to odczułem. Tempo trochę spadło,  a biegło się coraz trudniej. Dopiero na ostatnim kilometrze, gdy wybiegliśmy z lasu można było wykrzesać z siebie jeszcze odrobinę energii i znacznie przyspieszyć. Po kilkusetmetrowym mocnym finiszu wpadłem w końcu na metę.

untitledbwp_20161106_14_32_36_pro

      Gdy emocje sportowe już opadły, wszyscy najlepsi odebrali już swoje puchary i dyplomy. Nastąpiło losowanie nagród dla pozostałych biegaczy.  Czekała na mnie miła niespodzianka, gdyż tym razem uśmiechnęło się do mnie szczęście i udało mi się wylosować piękny album Zenona Żyburtowicza „Szlacheckie gniazda” z fotografiami dworów szlacheckich w Polsce. Będzie to wspaniała pamiątka z tego biegu, a być może kiedyś także inspiracja do kolejnych wypraw rowerowych. Zobaczymy…

2016.10.15 Skórzec (POL) 5km – II BIEG NIEPODLEGŁOŚCI – 21:57

wp_20161106_15_58_37_prowp_20161106_15_55_53_pro

Prawie górski, czyli powrót do lasu

      Podobnie, jak w zeszłym roku połowa października to czas, gdy startuję w podsiedleckim rezerwacie Gołobórz w Biegu Prawie Górskim organizowanym przez siedlecką grupe biegową Yulo Run Team. Próżno w Siedlcach szukać gór i nie jest to klasyczny bieg ultra, jednak start w tych zawodach także może być dużym wyzwaniem. Na dwóch pięciokilometrowych okrążeniach przewyższenie wynosi około 200 metrów. Trasa naszpikowana jest stromymi podbiegami. Gdy się je osiągnie często nie ma czasu na odpoczynek, gdyż chwilę potem pojawiają się równie strome zbiegi, po których tętno ociera się o maksima. Piach, gałęzie, drzewa to także stawia biegaczom poprzeczkę bardzo wysoko. Ważną rolę odgrywają też warunki atmosferyczne. Po bardzo deszczowym i zimnym tygodniu prognozy zapowiadały ocieplenie i ładną pogodę. Jednak zamiast słońca od rana było dość pochmurno, zimno i przede wszystkim wietrznie. Na szczęście w gęstym lesie wiatr biegaczom bardzo nie przeszkadzał.

14691965_10206245448849571_4947934574914685554_owp_20161015_10_35_03_pro

      Nie miałem oczekiwań co do wyniku sportowego. Po Maratonie Warszawskim, gdzie udało mi się osiągnąć życiowy rezultat nastąpiło pewne rozprężenie treningowe. Również fatalna pogoda w ostatnich tygodniach nie działała motywacyjnie na regularność treningów. W tym roku zresztą krótsze dystanse zupełnie odpuściłem. Dziesięć kilometrów na zawodach ostatni raz w tym roku biegłem w lutym. Ostatnie miesiące to były przede wszystkim przygotowania do półmaratonu i maratonów. Nie wiedziałem więc do końca na co mnie stać i postanowiłem potraktować tą imprezę głównie towarzysko i treningowo.

wp_20161015_12_46_30_prowp_20161015_12_12_55_pro

      W końcu nadszedł moment startu. Początkowo biegło mi się bardzo swobodnie i luźno. Jednak już przed końcem pierwszej pętli, czyli w połowie dystansu zaczęło się robić ciężko. Wydawało mi się, że moje tempo nie było bardzo wysokie. Starałem się nie przeszarżować na początku, ponadto nie licząc na bardzo dobry wynik na starcie ustawiłem się raczej z tyłu, a na pierwszych kilometrach, gdy stawka nie była jeszcze dość rozciągnięta na wąskich leśnych ścieżkach zdarzyło mi się kilka razy utknąć za wolniejszymi biegaczami, co mocno mnie spowolniało. Mimo tego trudna trasa i liczne podbiegi sprawiały, że biegło się coraz mniej komfortowo. W połowie drugiej pętli było już naprawdę ciężko. Z niepokojem czekałem na dwa strome podbiegi, które były jeszcze przede mną. Udało się je pokonać, choć momentami miałem ochotę się po prostu zatrzymać i przejść w marsz. Na szczęście nie było takiej potrzeby. Mimo narastających kłopotów regularnie przesuwałem się do przodu wyprzedzając kolejnych zawodników. Gdy na ostatniej kilkusetmetrowej prostej w oddali wypatrzyłem metę udało się jeszcze wykrzesać odrobinę nieodkrytych do tej pory pokładów energii na bardzo mocny finisz. Ścigałem się z jednym z zawodników, z którym przebiegłem większość trasy. Podobne tempo mieliśmy niemalże od samego początku. Czasem ja byłem z przodu, czasem musiałem gonić, zamienialiśmy się pozycjami wielokrotnie. Tuż przed ostatnią prostą to ja miałem stratę około 5 metrów. Choć zniwelowałem ją i przez moment biegliśmy niemalże w jednej linii ostatecznie na mecie to ja musiałem uznać Jego wyższość. Satysfakcja z pięknej walki do końca jednak została. Docenili ją także kibice.

kopia-wp_20161015_11_57_00_pro

      Będzie to miłe wspomnienie, podobnie zresztą jak cały III Bieg Prawie Górski.  Impreza rozwija się zarówno pod względem organizacyjnym, jak również jeśli chodzi o poziom i coraz silniejszą obsadę. Tak, jak rok temu była to znakomita okazja, by miło spędzić czas i spotkać wielu biegowych przyjaciół. Wynik sportowy schodzi w tym przypadku na dalszy plan, choć i z niego powinienem być zadowolony. Był to też na pewno mocny trening, który z pewnością zaprocentuje, a przecież w tym roku przede mną jeszcze dość duże wyzwanie. Niemalże dokładnie za miesiąc czeka mnie ostatnia ważna impreza w tym roku, a mianowicie Maraton w Stambule. Nie liczę tam na żadne rekordy i świetne wyniki i będzie to klasyczny bieg na zaliczenie, to jednak to zawsze maraton. Łatwo więc nie będzie.

2016.10.15 Siedlce (POL) 10km – III BIEG PRAWIE GÓRSKI – 51:13

wp_20161015_13_02_35_pro